czwartek, 31 grudnia 2015

Kukułka Cz. 1

           Saggie powraca! *confetti* Wesołego Nowego Roku, swoją drogą. Bezpiecznej zabawy z petardami...
  Pogubiłam się trochę pisząc, więc – standardowo – zakrzywienie czasoprzestrzeni jest obecne, a do tego złamałam kilka praw biologii... :”)

Baaardzooo dziękuję Zszywce za podzielenia się ze mną kilkoma spostrzeżeniami, które dość mocno wpłynęły na rzeczywistość opowiadania. :D I jeszcze speszyl fenks dla Agi  i Ise oraz wszystkich, którzy motywowali. <3
Aha i coś ważnego  - nie umiem ustawić odpowiedniej wielkości czcionce, więc jakby ktoś miał problem z rozczytaniem się, to polecam po prostu powiększyć stronę. Przepraszam za banalność tej rady. ;;
W ogóle zastanawiam się, czy to coś nie powinno mieć tytułu ,,Gender Propaganda''...
               Czwarta rano to według wielu szatańska godzina.
W szczególności uważają tak ci, którzy o tej godzinie zostali brutalnie wyrwani z objęć Morfeusza.
Jest to pora, gdy zdecydowana większość wolałaby spać.
            Jednak są wyjątki. Osoby, które wstały o wiele wcześniej niemal z własnej, nieprzymuszonej woli.
Kto? Przykładowo; pracownicy stacji benzynowych, piekarze, dostawcy, czy służby.
Była jeszcze jedna grupa ludzi – rozwodnicy, wykorzystujący każdą wolną chwilę, by na siebie powrzeszczeć.
Do tego ostatniego grona należeli Yuuki i Koichi.
              Ich gniewne głosy - w żaden sposób nie przytłumione przez poranną mgłę - mogła usłyszeć cała ulica.
       – Na mnie nie licz! – warknął Koichi, schodząc po betonowych schodkach za Yuukim. – Nie będę się tym zajmować!
        Tematem tej ,,jakże ożywionej i owocnej'' konwersacji było co samo, co tydzień temu. Chociaż... Nie, w zeszłym tygodniu poszło o zdjęcie Yuukiego w stringach i zmywanie naczyń. To, o co kłócili się tym razem, było czymś znacznie poważniejszym – i co gorsza – to coś posiadało własną wolę.
Zapewne rozpłakałoby się, gdyby dowiedziało się, że jest nazywane ,,czymś''.
         – Ach tak?! Chcesz się zupełnie od tego odciąć?! – Jazgot posiadacza długich, amarantowo różowych włosów brzmiał jak growling w stylu rozzłoszczonego kota. Wokalista Lycaonu przygładził swoją grzywkę, po czym oświadczył:
         – Idę do agencji!
Koichi uśmiechnął się drwiąco i przyjrzał strojowi już prawie byłego męża.
Składały się na niego:
koronkowa czarna bluzka, skórzane rękawiczki do łokci, wyglądające jak zrobione z lateksu buty ma obcasie, które sięgały mniej więcej do połowy ud i również skórzane, zatrważająco krótkie spodenki.
         – ...Towarzyskiej? – Basista dokończył jego wypowiedź z nutą zaskoczenia. – Nie wiedziałem, że taką wybrałeś pracę. Ale jakby tak się zastanowić, to wiele to się nie różni, od tego co wyprawiałeś na scenie.
          Yuuki tylko prychnął z pogardą, nie mogąc wymyślić ciętej riposty i jakby nigdy nic, wcisnął do skórzanej torebeczki wystający z niej niewinnie pejcz. Zamierzał policzyć po cichu do dziesięciu, ale dotrwał tylko do dwóch i wybuchnął.
           – No jasne, mów tak dalej! Gdyby Lycaon się nie rozpadł, to pewnie było by dalej w porządku! – tupnął nogą, po chwili orientując się, że obcas zakleszczył mu się we wgłębieniu między płytami chodnikowymi.
          Jednak niezrażony kontynuował. – Nie stać mnie na to! – wrzasnął, nie mając najmniejszej ochoty wypowiadać imienia tego, na wszelki wypadek, żeby się nie obudziło. – Nie zarabiam już prawie! A ty nadal jesteś basistą, co prawda, basiści zawsze dostają najmniej pieniędzy, ale dostają!
           Świadomość porażki, niczym gradowa chmura pojawiła się nad głową Koichiego.
            – Ale... ale... – Zawiesił zrezygnowany głos. Po minucie intensywnie nienawistnego wpatrywania się w niebo, rzucił z nadzieją – Powiedzmy mu, że go adoptowaliśmy, to pewnie nas znienawidzi i ucieknie, więc będziemy mieli spokój...
            Odpowiedziało mu miażdżące spojrzenie Yuukiego.
             –  Aż takim idiotą on nie jest. Każdy wie, że jesteś jego matką.
            Wraz z wymówieniem ostatniego słowa w tym zdaniu, drzwi od domu uchyliły się i wyjrzała z nich bardzo zasmucona, zaspana twarz. Jej właścicielem był Minpha. Wargi mu drżały,  oczy miał przymrużone, a jasnoróżowe włosy dziwnie opadnięte. Koszulka z Kłapouchym dopełniała żałosnego efektu.
     – Tato... Mamo...
    Yuuki i Koichi odwrócili się synchronicznie w jego stronę. Znieruchomieli. Mimo że obaj się nie ruszali, zdawałoby się, że jest między nimi różnica; Koichi przestał chwilowo oddychać.
     –  ...Kurzołaki...*
[*Potwory z kurzu. To coś, czego istnienie wyjaśnię w innym opowiadaniu, a to bardzo długa teoria.]
    Koichi wziął głęboki oddech, niczym ktoś, kto się topił przez dłuższy czas. Wlepił zlęknione ślepia w Minphę.
   – …są pod łóżkiem...
 Yuuki cofnął się o krok.
   – ...boję się.
  Koichi przewrócił oczami. Najwyraźniej Minpha spędził zbyt wiele czasu z psychodelicznym i misiofilnym wujkiem Meto, pomyślał.
      Wtedy spadły na niego kolejne myśli w ilości hurtowej.
         I tak się zaczęło.
     – Syrko.... – Podjął Yuuki, nadal do końca nie wiedząc, czy ma syna, czy może jednak córkę – Pojedziesz na jakiś czas do wujka, dobrze?
    – Którego?
                                                                         *
            Bycie dzieckiem rozwodników lub inną bliską rodziną jest równie straszne, co bycie ich przyjacielem.
     – Tsuzu! Plooosięę~! – Basista Mejibray niezmordowanie biegł za wokalistą tego samego zespołu. – Nie będzie ci w niczym przeszkadzał, serio!
  Czarnowłosy teatralnie dotknął ręką czoła.
   – Mówiłem, że mam tyle na głooowieee~...
   – Może przytnij włosy?
   – Zabawne...
Negocjacje trwały całe dwadzieścia minut. Jakoś się udało wrobić wokalistę w rolę niańki, głównie dlatego, że ten nie miał odpowiednich argumentów, w przeciwieństwie do Koichiego. ,,Domyśl się'' i ,,bo tak'' zawsze działały.
     – I chcę odebrać go żywego.
     – Podrzuć go komuś innemu... Niebo ma dziś zły kolor.
     – Załóżmy, że jest różowe.
                                                                          *
        Kilka godzin później, Minpha stał z Koichim i małym plecakiem pod drzwiami mieszkania Tsuzuku. Na korytarzu słychać było dźwięki brzmiące jak gorączkowe tarcie paznokciem po tablicy.
Drzwi otworzyły się powoli, skrzypiąc. W głębi pomieszczenia jakiś niewyraźny kształt pojawił się pod stołem, a dziwne zwierzę zdawało się chcieć wyrwać kaloryfer ze ściany. Czarna postać z piórami wystającymi z fryzury, uśmiechnęła się smętnie i wciągnęła Minphę, będącego w połowie mówienia ,,Hejoo'' za włosy do środka.
      Koichi pomachał im energicznie i zniknął, trzaskając drzwiami.
     Nadal był święcie przekonany, że zostawia dziecko w dobrych rękach.
     Wujek Tsuzuku uciekł do kuchni, by schować swój satanistyczny gender blender, leżący do tej pory bezceremonialnie na podłodze.
     Minpha rozejrzał się po pokoju, którego właściciel najprawdopodobniej postanowił oszczędzać na oświetleniu.
       Kształt pod stołem zaczął wydawać się teraz bardziej ludzki.
       Być może z tego względu, że był po prostu skulonym człowiekiem.
       Zaciekawiony Minpha, jak przystało na małego odkrywcę, trącił go palcem.
Gdyby Kształt leżał w lesie, trąciłby go patykiem.
     – Hejoo~! Ty też jesteś wujkiem?
    Kształt podskoczył minimalnie, wyczołgał się spod stołu i omiótł pokój obłąkanym wzrokiem.           Dopiero po chwili zauważył Minphę.
   – Tak. – Odparł wujek Kształt z namysłem.
   – Każdy wujek ma imię. Jak ty masz na imię?
  Normalne dziecko powinno zadawać przynajmniej 60 pytań na minutę.
      Minpha nie był do końca normalnym dzieckiem. Podczas gdy jego rówieśników interesowała geometria nieeuklidesowa i ciecze nienewtonowskie, on wolał wiedzieć, czym zajmują się różni wujkowie i jak się nazywają. To zupełnie nienaturalne. Tym bardziej, że Minpha każdego napotkanego mężczyznę uważał za wujka. Tylko czasami wolał się upewnić, tak jak teraz – nie do końca wiedział, czy coś co do tej pory było Tajemniczym Kształtem, może zostać Wujkiem.
     – Ryoga. – W tym momencie przestał być Tajemnicą. Teraz był wujkiem Ryogą.
     – Co robisz u wujka Tsuzu?
Cisza aż dźwięczała.
    – Konserwuję powierzchnie płaskie – oświadczył dumnie Ryoga.
    – Co to znaczy?
    – Sprzątam. Na przykład podłogę pod stołem.
    – Aha. Czemu?
    – Bo jest brudna.
   – A czemu?
   – Bo wujek Tsuzu zbyt wariuje, kiedy tańczy z blenderem.
   – Aha.
  Minphie w zupełności wystarczyło 6 pytań na minutę, by zaspokoić głód wiedzy. Jednak dzikie fanki jak zawsze wiedziały swoje w kwestii pochodzenia brudu.
       Tsuzuku wrócił z kuchni cały w kociej sierści.
   – Wujek, a oprócz tego kota Minpha wskazał na jego koszulkę – To jakiego masz zwierzaka?
   – Tego kota już nie mam... – przyznał niepewnie i szybko wytarł rękę wyglądającą jak ubrudzoną keczupem.
   – A co się z nim stało?
   – Zupełnie przypadkowo wpadł do maszynki do mielenia mięsa.
   Teraz większość dzieci zaczęłaby blednąć lub w inny sposób okazywać przerażenie, tymczasem Minpha...
   – Ale super! – pisnął z uśmiechem – Tak jak się robi pasztet z małych kurczaków?
   – To kurczaki mieli się żywcem? – spytał Tsuzuku, który mimo wielu rzeźniczych pasji nigdy nie zainteresował się wyrobem pasztetu.
   – Chyba tak. A gdzie jest teraz ten kot?
   – W sałatce.
   Coś uwiązane do kaloryfera zaskomlało.
   – Aki, spokój. – rzucił Tsuzuku w kierunku grzejnika.
   Oczy ,,dziecka'' wesoło zaświeciły w półmroku.
   – Wujeeek~! To też jest zwierzak?
   – Można powiedzieć.
   Różowo-włosy przyjrzał się rzekomemu zwierzakowi. Nie potrafił połączyć wszystkich elementów, które się na niego składały w całość, pozwalającą określić jego gatunek. Były ludzkie uszy. Ale były też kocie albo psie wystające z blond włosów. I jeszcze obroża. Tęczowa papka w głowie Minphy imitująca mózg zaczynała się topić przez wykonywanie tylu procesów myślowych jednocześnie. Nie mógł powstrzymać kolejnego pytania.
   – A co to za zwierzak?
   – Przystojny facet. Zawsze chciałem takiego mieć.
   – Aha. A robi sztuczki?
   Kłopotliwą ciszę przerywało oburzone szczękanie łańcucha Akiego.
  – Nie.
  – A tresowałeś go?
  – Próbowałem.
   W międzyczasie Ryoga za pomocą swojej najlepszej koszuli w kratkę nadal sumiennie konserwował wszystkie powierzchnie płaskie, jakie tylko znajdowały się w mieszkaniu i udawał, że nie słyszy całej rozmowy.
To niezwykle fascynujące zajęcie sprawiło, że wymyślił zabawę idealną dla przedszkolaków specjalnej troski – konkurs szczekania.
      Tsuzuku mający w tej dziedzinie spore doświadczenie pierwszy zgłosił się na ochotnika.
Choć Minpha był najmłodszy z całej czwórki, miał jeszcze trochę godności, dlatego też dostał obiecującą fuchę sędzi. Tsuzu i Ryoga ustawili się w rządku obok unieruchomionego, skomlącego Akiego. Nikt nie był na tyle wspaniałomyślny, by odwiązać go od kaloryfera. Minpha wziął mały notatnik i usiadł na krześle obrotowym. Jego zadaniem było notować, jak jaka rasa psa brzmią uczestnicy. Zwycięzcą miał być ten, kto zabrzmi najbardziej psowato, o ile w ogóle istnieje takie słowo...

  Coś zawarczało dziko i nieludzko. Odgłos bardzo tsuzukowy.
    ,,1. Nosorożec'' – zanotował Minpha, pewien, że to taki pies.
Po chwili usłyszał bardzo piskliwy dźwięk.
    ,,2. Chihuahuahuahuahua'' – zapisał. Doskonale wiedział, jak zacząć pisać słowo ,,
Chihuahua'', ale nie miał pojęcia jak skończyć.
Rozległo się skomlenie i szczęk łańcucha.
   ,,3. Przystojny facet''
   Przyjrzał się zapiskom. Udekorował notatki kwiatkami. Trzy przedszkolaki specjalnej troski przyglądały mu się wyczekująco.
     – No więc... Zwycięża... Wujek Ryoga~! – Ogłosił, bo z tego wszystkiego co usłyszał, tylko ten pisk kojarzył mu się z psem. Z sufitu posypało się niewidzialne confetti.
Ryoga ze szczęścia zawył do świata jako takiego.
    –  A teraz wymyśl ktoś nagrodę. Bo o tym nie pomyślałem. - mruknął zdradzając, że z myślenie zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. -  Jakieś propozycje?
   – Zamiana z Akim~! – Poinformował go Tsuzuku, odpinając łańcuch od obroży zwierzęco-uszatego wokalisty.
        Po krótkiej szarpaninie, Ryoga został przywiązany do grzejnika, a Aki płochliwie przemieszczał się z kąta w kąt, jak krwiożerczy pies, który po raz pierwszy wkroczył na obcy teren i nie wie, jak ma się zachować. Mejibrayowy krzykacz tańczył z ukochanym blenderem, jeszcze bardziej mieląc szczątki kota w jego wnętrzu. Z braku lepszego pomysłu, Minpha grzebał chwilę w swoim małym plecaku, wyciągnął lusterko i zestaw do makijażu. Domalował sobie brodę.          Stwierdził, że wygląda strasznie. Z jeszcze większym przerażeniem odkrył, że do wykonania tego makijażu użył wodoodpornych, a nawet łzoodpornych kosmetyków. Teraz już wiedział, jak czuje się ktoś, kto przez przypadek został różowowłosą Conchitą Wurst.
    Z tej całej rozpaczy zasnął na krześle obrotowym.
                                                                    *
          Minpha otworzył oczy. Z drgań, warkotu  i znikających za szybą budynków wydedukował, że jest w samochodzie, aż dziw bierze, że nie zażądał z tego powodu dyplomu za spostrzegawczość. Na miejscu kierowcy dostrzegł Yuukiego.
    – Tatooo – wypaplał cicho – gdzie jedziemy?
    Yuuki spuścił na moment oczy z drogi i odwrócił się do niego.
     – Do wujka Karmy.
     Te słowa natychmiast go orzeźwiły. Nie tyle, co nie lubił brata swojego taty, tylko raczej się go bał z niezrozumiałych przyczyn. Może to była wina jakiejś aury...
    – A właśnie... – Tym razem Yuuki się nie odwracał. – Wujek Tsuzuku domalował ci tę brodę, kiedy spałeś?
   – Nie...
   Kierowca westchnął ciężko.
   – Chłopcze, weź się lepiej zdecyduj. Albo spódniczki, albo brody. Przecież nie możesz wystąpić na Eurowizji, skoro z Azji jesteś.
       Minpha kiwnął smutno głową.
          – Aha, masz sałatkę od wujka. – Yuuki wskazał na plecak leżący na kolanach syna.
   Młody basista posłusznie wyjął plastikowe pudełko. Uśmiechnął się promiennie.
      – A wieesz, że jeeest z koteem? – zapytał, radośnie przeciągając sylaby.
      – Olaboga...! Wyrzuć to przez okno!
      Pudełko wyfrunęło uderzając w przypadkową ścianę. Wieczko odczepiło się, a zawartość została rozsypana na chodniku. Ten rażący akt śmiecenia przyczynił się do wzrostu poziomu kanibalizmu wśród nieświadomych, bezdomnych kotów.
     – Wiedziałem, że ten człowiek nie jest normalny... – mruczał wstrząśnięty Yuuki.
Dalsza droga upłynęła w gęstym milczeniu wlewającym się w uszy.
                                                            *
   Po okołu czterdziestu minutach, Yuuki w bardzo troskliwym geście chwycił Minphę za kołnierz i  wyciągnął z samochodu.
       Budynek składający się na pierwszy rzut oka z głównie blachy stał na małej polanie w środku lasu.  Kamień leżący na lewo od  drewnianych drzwi, z których wystawały gwoździe, informował, iż mieszkaniec nie życzy sobie tu cebuli.
    Yuuki podniósł młotek pozostawiony na kamieniu i za pomocą narzędzia zapukał do drzwi.
      Drzwi otworzyły się lekko, a zza nich został wystawiony ozdobny wachlarz.
      
   –  Powiedz wierszyk - zażądał trzymający ozdobę.
        –  Gdy gwiazdkę z nieba chcesz, dzwoń pod sześć - sześć - sześć!    –  Nim Yuuki zdążył otworzyć usta, Minpha stanął pod drzwiami i wyrecytował coś, czego teoretycznie powinien nauczyć się z przedszkola. 
Zamiast chóralnego ,,olaboga!'' słychać było tylko jedno cierpiętnicze ,,olaboga'' i klaskanie zza drzwi, które po sekundzie zostały otworzone na oścież.  Stało w nich coś, co przypominało Minphie lustrzane odbicie jego taty.
        
   –  Już podoba mi się ten dzieciak.    –  oświadczyło z uśmiechem, w zadumie przykładając dłoń do ust.            Minpha zadrżał lekko, jak każdy, kto zauważa, że jego niania za wachlarzem chowa nóż nie wyglądający do końca na kuchenny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz