środa, 3 lutego 2016

Reporter Juuzou na Tropie. [rozdział 1.]

             Drżyjcie, narody!  
            Witam, witam.

Teraz przydałoby się wyjaśnić o co chodzi z moim nowym, 'świetnym' pomysłem.
Otóż nadchodzą nowe przygody roztrzepanego   ogarniętego inaczej (poprawność polityczna musi być) reportera Juuzou'a!
Postanowiłam - dla zachowania jakiekolwiek częstotliwości dodawania postów - publikować co dwa tygodnie nowy, krótki (ale zawsze jakiś) rozdział.
''(...) Jrock historia prawdziwa'' był one shitem  shotem,  ale teraz można go traktować jako swego rodzaju prolog, wstęp do dłuższej historii o dziennikarzu, którego wymyśliłam w pięć sekund i nawet nie dałam mu żadnego oryginalnego imienia.
Zatem będzie tak:
Historia:   Reporter Juuzou.
Seria: ,,Na Tropie''.
+ Rozdział (ze swoją własną nazwą, która będzie już w 'środku' posta).
To by było na tyle.
Aha -  może wystąpić również zakrzywienie Czasu, Przestrzeni i całego Świata oraz moje standardowe nadużywanie dużych liter (dogadałabym się z Niemcami, co?).
(I w sumie to nie jest taki nowy pomysł, bo ten rozdział pisałam z 5 albo 4 miesiące temu. ;_;)


Rozdział 1 - Hizasiowe zderzenie z rzeczywistością.

    Było kilka minut po północy. Z sąsiedniego pokoju dobiegł krótki piskliwy krzyk i
dźwięk typowy dla przewracanego krzesła obrotowego.
Po mimowolnym wysłuchaniu tych dzikich odgłosów mogłem wyciągnąć dwa wnioski.
       Pierwszy - najwyraźniej mój współlokator postanowił podjąć próby rozczesania swoich długich, złotych włosów, siedząc na krześle i do tego bez użycia ,,Super-Magicznego Płynu Małej Królewny Ułatwiającego Czesanie Hiper-Poplątanych Włosów'', co w jego przypadku zawsze kończy się mrożącymi krew w żyłach wrzaskami.
       A oto wniosek drugi - mógł również złamać piekielnie trudne hasło do WiFi, wpisać swoje imię w wyszukiwarkę i zapoznać się z twórczością internautów.
To wydawało mi się najbardziej prawdopodobne, dlatego natychmiast udałem się do jego pokoju, żeby sprawdzić, czy jest jeszcze do czego wzywać karetkę lub egzorcystę.
Niewiele bowiem osób, potrafi spokojnie znieść taki wstrząs, a potem normalnie funkcjonować, jakby nic się nie stało.
       Ostrożnie wszedłem do słabo oświetlonego pomieszczenia, w którym z każdej półki do człowieka uśmiecha się (w przenośni, rzecz jasna, bo nie ma ust!) podobizna Hello Kitty.
       Usłyszałem szum komputera i ciche powarkiwanie spod różowo-białego biurka oklejonego nalepkami ,,Dzielny Pacjent'' i mordką szatańskiej kocicy. Pod kolorową, drewnianą konstrukcją, znajdowała się skulona, trzęsąca się postać, próbująca schować się przed złem internetu w koronkowych fałdach wiktoriańskiej sukienki. Wspominałem o złotowłosym współlokatorze, prawda?
       Rozhisteryzowany obiekt szerzej znany jako Hizaki uniósł rękę na wysokość blatu i drżącym palcem wskazał na monitor.
       – Tam... – pisnął niemal niedosłyszalnie, prędko zabierając dłoń z powrotem do chwilowej kryjówki, jakby się bał, że urządzenie go ugryzie.
       Rzuciłem okiem na wskazane miejsce. Dużo, dużo znaków, dużo tekstu. Mrużąc oczy przeczytałem pierwsze lepsze zdanie ze środka, którego wolę tu nie przytaczać, dla zdrowia psychicznego osoby (jakimś cudem i zapewne przez przypadek) czytającej ten puchaty zeszycik, zamykany przeze mnie na specjalną kłódeczkę. Znając życie, ten ktoś pewnie jest dziennikarzem z konkurencyjnej gazety, ale pewnie i tak wiele nie zrozumie z mojego bełkotu.
       Zdegustowany przeczytanym zdaniem, cofnąłem się z miną Kopciuszka, który odkrył, że w pośpiechu zgubił kalosz, a nie uroczy bucik i nie poszukuje go żaden książę, tylko osobnik pokroju pana Heńka Spod Sklepu.
       Idąc w ślady długowłosego, zanurkowałem pod biurko. Nie dziwne, że aż przewrócił krzesło, jeżeli przeczytał więcej tak odrażających zdań, które w ciągu sekundy informują, że ma się do czynienia z najdzikszymi fantazjami obsesyjnych fanek.
       – Księżniczko... – zacząłem gniewnym tonem. 

        Nie zamierzałem mu w żaden sposób współczuć. Przynajmniej nie w tym momencie. Jest sam sobie winny – mógł przecież nie wyłączać funkcji bezpieczeństwa rodzinnego na komputerze! Ten tylko przetarł powieki i spojrzał na mnie smutno.
       Po tym niepozornym ruchu wyglądał, jak ktoś, kto niezbyt umiejętnie bawi się w corpse painting i ogranicza się do ,,przyozdobienia'' oczu. Można powiedzieć, że przypominał zasmuconą, zszokowaną black metalową pandę o blond falowanych włosach. Do tego w kiczowatej sukience z mnóstwem kokardek. 
       Pociągnął nosem, w żaden sposób agresywnie nie reagując na znienawidzone przezwisko, a do niedawna potrafił cisnąć we mnie pantofelkiem, kiedy go tak nazywałem.
Nie należy pomijać faktu, że zazwyczaj zwracałem się do niego tak, kiedy pisał swojego różyczkowego bloga. 
       – ...Co to miało być? – dokończyłem i zrobiłem minę surowszą niż jest ziemniak wyjęty prosto z ziemi.
Hime zatrząsł się jeszcze bardziej i zaczął nie tyle, co wyjaśniać, a rzucać pojedynczymi słowami.
       – Ja... Kamijo, jakiś gościu, Gackt... fanfik... Nigdy... Więcej... Zło. – wymamrotał, a ja próbowałem rozszyfrować ten ciąg słów. A co jeżeli czytanie tamtego ,,dzieła'' uszkodziło mu w jakiś sposób trwale mózg?! 
       Hime bełkotał dalej, jednak zauważyłem sporą poprawę: zaczął składać zdania!
       Choć to był dopiero początek horroru.
       – Kamijo mnie lubił. Aż za bardzo. A potem.. . 
 – zaczął szlochać.  –  Było źle, a Gackt był dobry.  I Atsushi Sakurai też tam był. – wydusił z trudem. Zadziwiające, że też tak przeżywał, co się z nim działo w całości zmyślonej opowiastce. Jak tak dalej pójdzie, to poślę go do jakiegoś psychologa. Hizaki i Sakurai, serio? Złotowłosa księżniczka i skośnooka wersja Severusa Snape'a z ,,Harry'ego Pottera'', ludzie to mają pomysły... Przestałem go słuchać, bo zaczął opisywać próbę gwałtu.
       – ...miałem sukienki z diamencikami...– kontynuował już inną historię, tym razem z rozmarzonym wzrokiem. – Tylko nie wiem, czemu zrobili... a właściwie zrobił, bo to facet jakiś pisał, no nie?...  Ze mnie taką damulkę, która się wszystkiego boi! – warknął, a ja ledwo zdążyłem przycisnąć sobie dłoń do ust, żeby powstrzymać nagły atak śmiechu. ,,Damę w potrzebie''? Hizaki świetnie nadawał się do tej roli.
       Teraz, kiedy zaczął się złościć, nazwanie go przeze mnie ,,księżniczką'' sprawiłoby, że przyłożyłby mi berłem -  wyciągniętym nie wiadomo skąd - lub koroną.
       Mimo późnej godziny, Hizaki zaczął mi z zapałem streszczać opowiadanie, co się z nim działo, co robił w tej Hiszpanii z Gacktem, (i co działo się wcześniej, bo zorientował się, że pominął bardzo ważne szczegóły z poprzednich rozdziałów) od czasu do czasu powarkując gniewnie, innym razem uśmiechając się z satysfakcją.
       Średnio co dwie minuty robił pauzę i wlepiał we mnie szkliste ślepia, oczekując komentarza.
       Burczałem wtedy coś współczująco, bo tego w końcu chciał, a ja zbytnio go nie słuchałem, choć w paru momentach utraciłem wiarę w piszących fanów j-rocka i zmiękło mi chwilowo serce.
       Niestety, wpadłem, kiedy powiedziałem ,,Ouh, to okropne! Co też ludziom w głowach siedzi...'', a on po usłyszeniu tego, głosem obrażonej hrabiny zwrócił mi uwagę, że opisywał gotycką sukienkę
       – To ile ta opowieść ma rozdziałów? – zapytałem, przysypiając po ponad godzinie spędzonej z nim pod biurkiem, A ON OPOWIADAŁ DALEJ.
       – Co...? Hm... Pomyślmy – odezwał się jakby wyrwany z transu, przerywając pięciominutowy opis lolicich bucików – Rozdziałów... – powtórzył, zdając się zastanawiać – Około czterdziestu iluś, ale dałem radę do końca. – mruknął, wzdrygając się.
        – A... a przy którym jesteśmy? – tliła się we mnie iskierka nadziei, że powie ,,przy ostatnim!'', podsumuje to wszystko jednym zdaniem i da mi święty spokój.
       – Przy 21! – odpowiedział wesoło, zamiast tego.
       Zawyłem cicho.
       Miałem wrażenie, że cały dziennikarski zapał ze mnie uleciał.

       Nie chciałem za żadne skarby zadawać pytań z rodzaju ,,I co było dalej?'', ,,Rozwiniesz tą myśl?'', ,,Co wtedy czułeś?'' i tak dalej...
       W sumie zaczynałem żałować, że w ogóle postanowiłem sprawdzić, co robi.
Resztkami sił, użyłem całej swojej mocy do przekonywania ludzi, by zachęcić go do przerwania opowieści nudniejszej od typowej brazylijskiej telenoweli, a przynajmniej jego opisy były tak nużące. W zamian obiecałem mu pamiętniko-poduszkę w kształcie Hello Kitty – będzie mógł tam spisać swoje uczucia, a nie mnie zanudzać .

       To przerażające, jak łatwo można było przekupić Hime.
Szkoda, że nie wpadłem na to, gdy ten z entuzjazmem streszczał mi pierwszy rozdział.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz