poniedziałek, 18 lipca 2016

Garry'ego Stu Przypadek Niezwykły - Opko #1

Ostrzeżenia:
Jeśli bierzesz to opowiadanie na poważnie, to, proszę, przestań natychmiast - niewłaściwe stosowanie Opek może zagrozić Twojemu życiu bądź zdrowiu.
Po pierwsze primo -  Nie, nie czuję się lepsza od aŁtoreczek, sama walę takie błędy, że kiedy je odkryję przez następny tydzień chodzę z odciskiem klawiatury na czole.
Jednak, jako czytelnik, nie umiem nie pośmiać się z niektórych schematów, fraz i używania słów niezgodnie z przeznaczeniem, co sama zrobiłam na początku czwartej linijki - aż tak wczułam się w onetowską Milenkę.
I tak, powstało to - opko, zawierające wszystko, co sprawia, że analizatorzy mają ręce pełne roboty. Spodziewajcie się Prawdziwej Miłości, Samotnych Łez, sparklowania w ciemności  (ale to w kolejnej części) i tańczących spojówek oraz schodzenia na śniadanie.

PS Dziękuję Katarzynie Michalak,
Małgorzacie Musierowicz,
Stephanie Meyer, 
Andrzejowi Ziemiańskiemu,
Katorze Byaku, 
E.L James,
Christopherowi Paoliniemu 
i wszystkim AŁtoreczkom (oraz Pisakom) świata za tonę inspiracji!



Poznajcie Garry'ego Stu.
To typowy, do bólu Przeciętny Licealista®. Przeciętność jest wręcz jego cechą szczególną.
Nie licząc dwukolorowych oczu, trzy-piętrowego domu z basenem ogrodzonego siatką, który mieścił się w cieszącej się dobrą sławą dzielnicą Bydgoszczy - mianowicie w Londynku oraz tego że nie może opędzić się od dziewczyn, które zupełnie go nie interesują i blizny na policzku (tak, ona też się do niego klei pół życia), jest całkiem zwyczajnym człowiekiem.

Od urodzenia mieszka w Polsce. Jak każde dziecko ma matkę  -  Rachel -  i ojca - Bryana
I babcię od strony taty - Jessicę - która jest święta, toteż powiła go bez udziału mężczyzny, co tłumaczy brak dziadka. Rodzice matki niezadowoleni ze swych podejrzanie polskich imion wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, by móc chichotać z urzędników próbujących powiedzieć ''Katarzyna'' i ''Grzegorz'',

Garry otworzył swoje oczy i przeniósł spojrzenie heterochromatycznych tęczówek na zegarek elektroniczny stojący na szafce nocnej obok łóżka. Gdy zobaczył która godzina, jego źrenice zwęziły się gwałtownie, a rogówki w panice skoczyły na podłogę, chcąc dołączyć do tańczących spojówek.

8:47.

Zajęcia w nowej szkole zaczynały się o 9:00.

Spanikowany wyskoczył z pościeli i narzucił na siebie najmodniejszą w tym sezonie Bluskę z Dekoldem  oraz pomarańczowe spodnie dresowe z trzema paskami mocy. Każdy z pasków reprezentował inny żywioł, a właścicielowi poprawiał statystyki o +10 do Szacunu Na Dzielni.
 Siedemnastolatek czmychnął do łazienki, zrobił Lekki Makijaż, uczesał rozczochrane włosy, po czym zaczął dziko machać głową, by zaprowadzić artystyczny nieład. Nie był to zbyt rozsądny pomysł, gdyż centymetry dzieliły czubek jego głowy od zlewu pokrytego Kamiennym Jedwabiem®. Jednak Garry, jak każdy osobnik wywodzący się z rodu Stu, miał szczęście i nic mu się nie stało.

Skończywszy czynności poronne  poranne,  Garry zszedł na śniadanie.Dla każdego GŁÓWNEGO protagonisty jest to najważniejszy posiłek oraz czynność w ciągu dnia, ale on nie mógł pozwolić sobie na taki mainstream. Rzucił krótkim powitaniem w tatę, który jak przystało na Niedostępnego Ojca, nie podniósł nawet wzroku znad gazety i kubka z kawą czarną, niczym zwęglone resztki spalonej książeczki czekowej. 

Chłopak sięgnął po tosta, ledwie zdążył posmarować go masłem maślanym i dżemem truskawkowym, kiedy zobaczył, że zostało mu niecałe dziesięć minut. Wpakował tosta do ust, pozwalając by ten radośnie mu dyndał pomiędzy zębami.W rozwiązanych trampkach converse wybiegł z domu, a na korytarzu rozniósł się płaczliwy jęk trzaskanych drzwi. Nie były na to przygotowane. Wolały najpierw usłyszeć od Garry'ego namiętną przemowę godną oficera, płomiennie zalecającego się do sanitariuszki z Niemieckiego Kina Niezależnego lat '70.

Wszedł do autobusu. Nawet nie pomyślał o zakupie biletu - miał ważniejsze sprawy na głowie, a poza tym zaczął czuć się bardzo nieswojo. Coś przyćmiewało mu mózg. I jakby gmerało Tam, Gdzie Plecy Się Kończyły.
 Wydawałoby się, że to Duchy Jedzenia spragnione wolności.
Nie poczuwał się do pokazania jaki jest szczyt odwagi cywilnej, więc zacisnął zęby i spiął poślady.
Nie spodziewał się również, że to nie to, co myśli.
I tak siedemnastoletni Garry Stu nieświadomie pozwolił niewidzialnej ręce Imperatywu Narracyjnego na mały fisting w autobusie.
Tymczasem okrutny Imperatyw wcisnął w nim guzik z napisem ''Turbouke mode on''.
Za oknem, w celu podkreślenia dramatyzmu całego zajścia, zaczął padać deszcz. Początkowo nieśmiało, jednak Chuck Norris chwilowo ukryty w krzakach był bezlitosny wobec chmur i wgapiał się w nie swoim ultra-groźnym spojrzeniem, przez co biedne chmurki spociły się niemiłosiernie, a kilka nawet zmoczyło.

Garry biegł w deszczu. Był cały mokry, a jego włosy w kolorze truskawkowego blondu, z rudymi refleksami i pasemkami o barwie perłowej czerni, którym poświęcił tyle czasu, oklapły, a grzywka przykleiła się do twarzy. Tusz do rzęs spływał po policzkach, nieco zakrywając bliznę w kształcie odwróconej tęczy.


Był zrozpaczony. Stał pod budynkiem szkoły ogrodzonym drutem kolczastym i nie wiedział co ze sobą zrobić. Bał się, że senpai go zobaczy w takim stanie. Mimo uczęszczania do wybitnie polskiej placówki, lubił tak go nazywać. Rzecz jasna, jedynie w myślach, bo nigdy nie miał odwagi się do niego odezwać.

Wtem, dzwonek zrobił coś, czego nikt by się po nim nie spodziewał - zadzwonił.
Dla chłopaka był to wystarczający sygnał, by wejść do budynku i wmieszać się w tłum. Chciał się w niego wtopić możliwe jak najbardziej. Szedł ze spuszczoną głową, a Samotne, choć Bliźniacze, Kryształowe Łzy
® spływały mu po policzkach.

I był naiwny, niczym uke liczący na bezbolesny pierwszy raz, myśląc, że nikt go nie zauważy. Tłum właściwie rozstępował się i obrzucał go ciekawskimi spojrzeniami. W końcu był Głównym Bohaterem, a po za tym... Cóż.
Niewiele osób ubiera bluzkę, tu  warto zaznaczyć, że była ubrana w małe bombki choinkowe.
Kilka dziewcząt z jego nieoficjalnego haremu, o którym nie miał pojęcia podbiegło do niego i widząc w jakim jest stanie, zaciągnęły go do damskiej toalety.
Przyduszony do wykafelkowanej, zimnej ściany natychmiast oprzytomniał. Nie spodobało mu się również, że niska blondynka o pucołowatej twarzy i biuście, którym mogłaby zabić, właśnie wsadziła mu wacik z czymś piekącym w oko. Ale nie tego się przestraszył najbardziej. Od pięciu dziewczyn, które go otoczyły zaczął czuć Dziewczyńskie Zarazki. Nigdy wcześniej o tym nie pomyślał.


Imperatyw zaśmiał się gardłowo.


Garry wyrwał z rąk dziewczyny płyn do demakijażu i sam oporządził swoją twarz, w miarę szybko, by nie spóźnić się aż tak na lekcję i uciec z tego miejsca.
Wydawało mu się to dziwne przez ułamek sekundy. W końcu bywał tu już wcześniej, ale ze względu na duże lustro, jakiego brakowało w męskiej toalecie, a było idealne do robienia selfiaków, które można potem wrzucić na lansiarskiego instagrama z hasztagiem #outfitoftheday.

Wybiegł z toalety, i był w połowie drogi do właściwej klasy, kiedy poślizgnął się na papierze toaletowym przyklejonym do jego buta. Stało się tak, gdyż Imperatyw Narracyjny jest nieudolny w tworzeniu Elementów Komicznych.
Już wyciągał ręce, by uchronić twarz przed upadkiem, gdy poczuł, że ktoś łapie go w pasie.
I wtedy zobaczył Niego.

I to nie był senpai.
Serce Garry'ego zrobiło doki-doki.


piątek, 26 lutego 2016

Reporter Juuzou na Tropie [rozdział 2.]

Hm. Tak, to cała ja i moje ''dwa tygodnie''. :')
Swoją drogą, poprawiałam i zmieniałam wersję tego z 3 razy, więc... mindblow bardzo możliwy, tym bardziej, że ja doskonale wiem, co mam na myśli, nie wiem jak inni, a moja ''kontrola merytoryczna'' wyjechała, więc nie mam komu tego dać do sprawdzenia - więc jeśli czegoś nie rozumiesz - napisz w komentarzu (ohoho, ale żebrzę), to postaram się poprawić tekst. ;'D


Rozdział 2 - Zemsta jest blondynką 



– A co wiesz o autorze tego... ,,horroru psychologicznego''? – zagadnąłem ostrożnie Hizakiego, dziko atakującego palcem szybkę telefonu.
       Od rana biegał po domu, co chwila wciskając mi w ręce zeszycik z długopisem w zestawie i każąc robić notatki.
Bezskutecznie usiłowałem mu wytłumaczyć, że to nie ma najmniejszego sensu.
Ale nie – on wie lepiej. ,, Jesteś reporterem! Wiesz o wszystkim!'' – takimi tekstami rzucał, kiedy oddawałem mu pusty notatnik. Uparcie powtarzał, że znajdzie gostka, który napisał ten tragiczny fanfik, zamknie go w piwnicy, a co dalej będzie się działo z tym nieszczęśnikiem?
    Wolę nawet nie zgadywać.
– Prawie nic... – odparł, odkładając telefon na kuchenny blat.
Prawie?... Więc coś wie. Mógł mówić wcześniej...
– Mów co, zazwyczaj coś o sobie piszą, co napisał tamten?
          W tym momencie Hizaki zmarszczył brwi i zaczął lekko zezować – najwyraźniej myślał.
A co to oznacza? Że na wszystkich zdjęciach, na których wyglądał jakby próbował skupić wzrok na czubku swojego nosa, a czasami na prawym i lewym uchu jednocześnie, chciał zrobić inteligentną minę!
           Przynajmniej taka jest moja teoria...
– Pisał, że kiedy omawiał fabułę z kimś w pewnej restauracji fast-food, mimo że siedzieli na uboczu, jakaś starsza pani nazwała ich bandą psycholi i wyszła oburzona... – wyrecytował i wzruszył ramionami, uznając, że ta informacja wiele nam nie powie.
             I tu widać zasadniczą różnicę między kamerzystą a takim dziennikarzem jak ja.
             Do tej pory nie dowiedzieliśmy niczego ważnego. Wiedzieliśmy jedynie jakiej płci był autor i że jest gdzieś w centralnej części Europy. Ten przed chwilą wspomniany strzępek informacji, który najbardziej poszkodowana osoba tym fanfikiem by pominęła był jak brakujący puzzel na obrazku. Można powiedzieć, że wzmianka o fast-foodzie i starszej pani przyczyniła się do ostatecznego uzupełnienia wstrząsającego łańcucha faktów.
             Chwyciłem notatnik i zapisałem parę na pierwszy rzut oka przypadkowych, niepowiązanych ze sobą słów.
,,Europa – Fast-food – Mcdonald's – Starsza pani – Mori Kei – Oburzenie''
I jeszcze coś, co łączyło to wszystko (choć nie wyglądało), między ,,Starszą panią'' a ,,Mori Kei''
,,power metal''
    – 
Myśl – poleciłem, podsuwając współlokatorowi notatnik pod nos. Przewrócił oczami i wodzić wzrokiem po literkach. Po kilku minutach spędzonych w ciszy, stwierdziłem, że umiejętność dedukcji u Hizakiego jest na poziomie zerowym albo ten ma bardzo kiepską pamięć. –  Sto lat 
temu byłeś na koncercie Dragonforce, nie? A potem polazłeś do maka, bo w zestawie dziecięcym był jakiś gadżet z Hello Kitty, pamiętasz?  – spróbowałem jakoś mu podpowiedzieć. 
          Przypominał mi zezowatą, zdziwioną sowę.
     – Sugerujesz, że... wtedy, jak... – urwał i potrząsnął głową, jak mokra sowa może potrząsnąć skrzydłami, by pozbyć się wody z piór – …jak byłem na koncercie Dragonforce? pisnął niepewnie i jeszcze raz spojrzał na wszystkie słowa na karteczce.
    – Po pierwsze... – zaczął Hime rzeczowym tonem, biorąc głęboki oddech. – Podobał mi się wtedy mori kei, to się tak ubrałem, a poza tym jestem już tak bardzo FABULOUS, że potrzebowałem odpowiedniej charakteryzacji! wyrzucił z siebie z prędkością karabinu, po czym spojrzał w sufit.
    – I jeszcze uznałeś, że moherowy beret to element obowiązkowy w stroju  fangirl'a 70+?  – uśmiechnąłem się drwiąco, nie przypominając sobie, żeby rzeczone nakrycie głowy, miało cokolwiek wspólnego z tym leśnym stylem...
      Choć mogło ładnie uzupełniać ten strój postarzając osobę, która go ubrała o dobre 40 lat....
      Co natychmiast mu powiedziałem - kazał mi spadać.
     – Ale czekaj... Myślisz, że w tym McDonaldzie był... No wiesz, ten, co napisał ten fanfik? szarpidrut zaczął rozglądać się nerwowo po kuchni, najwyraźniej samym wzrokiem spróbował zmieść kurz w lodówki, po czym utkwił spojrzenie w zepsutym zegarze.
    Możliwe, że sądził, iż mija najdłuższa minuta w jego życiu, bo wskazówka nie raczyła przerwać niepozornie brzmiącym tyknięciem tych 60 sekund ciszy.
      – Pewnie tak.
               Uśmiechnął się niczym Kot z Cheshire. Równocześnie zdawało się, że z wyjątkowym spokojem przyjął tę informację.
''Zdawało'' - to dobre słowo.
   
–  Widzisz!     zaczął śmiać się szatańsko.   – To dzięki mojemu niesamowitemu talentowi do języków! Mogę podsłuchiwać ludzi w innych krajach!
                                                                         *
    – Versalkowe groupies się przydadzą. – Obwieścił Hizaki i podniósł ze stolika smartphone. Poprawił grzywkę, przyjrzał się czarnym paznokciom wolnej dłoni i...
    ...zrobił sobie selfie z dzióbkiem.
    I zezem w zestawie. Ale to tak oczywiste, jak ,,ramen'' na końcu pozdrowienia od wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti.
    Spojrzałem na niego ze smutnym ,,Dlaczego?'' wypisanym na twarzy.
       – Wrzucam na twittera. Fanki oszaleją. – Wyjaśnił niezbyt obszernie i znowu zaatakował palcem panel dotykowy.
      – A nie lepiej, żebyś założył sobie instagrama? – spytałem cicho.
      – A chciałbyś podziwiać zdjęcia mojego śniadania?
     – Tego pytania nie było.
     – A hasztagi były...
       Chwilę później, płaskie urządzenie – które kiedyś nie było takie płaskie oraz służyło ludziom tylko do dzwonienia – zaczęło wibrować na blacie i wydobył się z niego podejrzanie dir en grey-owy (chyba mogę wymyślać nowe przymiotniki, prawda?) dźwięk w stylu ,,Raaałłłrrrww~!''.
          Hizaki rzucił się po swój mroczny jak Królik Ciemności telefon w futrzanej obudowie.

     – Wszystko idzie zgodnie z planem. – powiedział złowieszczym tonem i równie złowróżbnie zmrużył powieki, gdy rzucił okiem na ekran. – Są już ochotniczki~! pisnął głosikiem, który całkowicie zepsuł mi wizję Hizakiego jako geniusza zła albo innej postaci mającej skłonność do takich tonów głosu i spojrzeń.
       – A... Na co one są chętne? – zapytałem ostrożnie z wyjątkowo tępym wyrazem twarzy.
       – Jak ,,na co''?! – wrzasnął, aż się wzdrygnąłem. Otaksował mnie kilkukrotnie. – Ach tak. Nie mówiłem na czym dokładnie polega mój plan? – Blondyn cofnął się o krok, niewątpliwie zaskoczony własną głupotą.
       – Nie, nie mówiłeś – burknąłem nieco zirytowany.
      – Ojej... – westchnął i zaczął opowiadać. – Wśród tych wszystkich osób, które piszczą widząc moje zdjęcia, na pewno znajdą się jakieś, które... no wiesz... Mają wykształcenie informacyjne i matematyczne... No, ci od komputerów...
      – Informatyczne?
       – O, tego słowa szukałem! - przyklasnął - I oni tam są. Jedna zgodziła się namierzyć gostka po adresie IP...
       – Że co?...
 Tym razem to ja byłem wstrząśnięty. Czyli jednak – fangirlizm to stan umysłu.  One są zdolne do wszystkiego... A raczej Hizaki jest poważny, co mi się średnio podobało. Wizja bycia oskarżonym o... współudział w porwaniu, czy co on tam planował, nieszczególnie mi się uśmiechała.
      – Słuchaj uważnie kiedy do ciebie mówię, bo nie będę powtarzał! warknął, patrząc na mnie gniewnie. – Następnie dostarczą mi go pod drzwi. Nie wiem, czy może nie przyda im się pomoc Pentagonu... Tak, z Pentagonem też się skontaktuję. – mruknął.
          Cudownie...
           Zacząłem tracić grunt pod nogami...
           Na krótko, ale jednak.

środa, 3 lutego 2016

Reporter Juuzou na Tropie. [rozdział 1.]

             Drżyjcie, narody!  
            Witam, witam.

Teraz przydałoby się wyjaśnić o co chodzi z moim nowym, 'świetnym' pomysłem.
Otóż nadchodzą nowe przygody roztrzepanego   ogarniętego inaczej (poprawność polityczna musi być) reportera Juuzou'a!
Postanowiłam - dla zachowania jakiekolwiek częstotliwości dodawania postów - publikować co dwa tygodnie nowy, krótki (ale zawsze jakiś) rozdział.
''(...) Jrock historia prawdziwa'' był one shitem  shotem,  ale teraz można go traktować jako swego rodzaju prolog, wstęp do dłuższej historii o dziennikarzu, którego wymyśliłam w pięć sekund i nawet nie dałam mu żadnego oryginalnego imienia.
Zatem będzie tak:
Historia:   Reporter Juuzou.
Seria: ,,Na Tropie''.
+ Rozdział (ze swoją własną nazwą, która będzie już w 'środku' posta).
To by było na tyle.
Aha -  może wystąpić również zakrzywienie Czasu, Przestrzeni i całego Świata oraz moje standardowe nadużywanie dużych liter (dogadałabym się z Niemcami, co?).
(I w sumie to nie jest taki nowy pomysł, bo ten rozdział pisałam z 5 albo 4 miesiące temu. ;_;)


Rozdział 1 - Hizasiowe zderzenie z rzeczywistością.

    Było kilka minut po północy. Z sąsiedniego pokoju dobiegł krótki piskliwy krzyk i
dźwięk typowy dla przewracanego krzesła obrotowego.
Po mimowolnym wysłuchaniu tych dzikich odgłosów mogłem wyciągnąć dwa wnioski.
       Pierwszy - najwyraźniej mój współlokator postanowił podjąć próby rozczesania swoich długich, złotych włosów, siedząc na krześle i do tego bez użycia ,,Super-Magicznego Płynu Małej Królewny Ułatwiającego Czesanie Hiper-Poplątanych Włosów'', co w jego przypadku zawsze kończy się mrożącymi krew w żyłach wrzaskami.
       A oto wniosek drugi - mógł również złamać piekielnie trudne hasło do WiFi, wpisać swoje imię w wyszukiwarkę i zapoznać się z twórczością internautów.
To wydawało mi się najbardziej prawdopodobne, dlatego natychmiast udałem się do jego pokoju, żeby sprawdzić, czy jest jeszcze do czego wzywać karetkę lub egzorcystę.
Niewiele bowiem osób, potrafi spokojnie znieść taki wstrząs, a potem normalnie funkcjonować, jakby nic się nie stało.
       Ostrożnie wszedłem do słabo oświetlonego pomieszczenia, w którym z każdej półki do człowieka uśmiecha się (w przenośni, rzecz jasna, bo nie ma ust!) podobizna Hello Kitty.
       Usłyszałem szum komputera i ciche powarkiwanie spod różowo-białego biurka oklejonego nalepkami ,,Dzielny Pacjent'' i mordką szatańskiej kocicy. Pod kolorową, drewnianą konstrukcją, znajdowała się skulona, trzęsąca się postać, próbująca schować się przed złem internetu w koronkowych fałdach wiktoriańskiej sukienki. Wspominałem o złotowłosym współlokatorze, prawda?
       Rozhisteryzowany obiekt szerzej znany jako Hizaki uniósł rękę na wysokość blatu i drżącym palcem wskazał na monitor.
       – Tam... – pisnął niemal niedosłyszalnie, prędko zabierając dłoń z powrotem do chwilowej kryjówki, jakby się bał, że urządzenie go ugryzie.
       Rzuciłem okiem na wskazane miejsce. Dużo, dużo znaków, dużo tekstu. Mrużąc oczy przeczytałem pierwsze lepsze zdanie ze środka, którego wolę tu nie przytaczać, dla zdrowia psychicznego osoby (jakimś cudem i zapewne przez przypadek) czytającej ten puchaty zeszycik, zamykany przeze mnie na specjalną kłódeczkę. Znając życie, ten ktoś pewnie jest dziennikarzem z konkurencyjnej gazety, ale pewnie i tak wiele nie zrozumie z mojego bełkotu.
       Zdegustowany przeczytanym zdaniem, cofnąłem się z miną Kopciuszka, który odkrył, że w pośpiechu zgubił kalosz, a nie uroczy bucik i nie poszukuje go żaden książę, tylko osobnik pokroju pana Heńka Spod Sklepu.
       Idąc w ślady długowłosego, zanurkowałem pod biurko. Nie dziwne, że aż przewrócił krzesło, jeżeli przeczytał więcej tak odrażających zdań, które w ciągu sekundy informują, że ma się do czynienia z najdzikszymi fantazjami obsesyjnych fanek.
       – Księżniczko... – zacząłem gniewnym tonem. 

        Nie zamierzałem mu w żaden sposób współczuć. Przynajmniej nie w tym momencie. Jest sam sobie winny – mógł przecież nie wyłączać funkcji bezpieczeństwa rodzinnego na komputerze! Ten tylko przetarł powieki i spojrzał na mnie smutno.
       Po tym niepozornym ruchu wyglądał, jak ktoś, kto niezbyt umiejętnie bawi się w corpse painting i ogranicza się do ,,przyozdobienia'' oczu. Można powiedzieć, że przypominał zasmuconą, zszokowaną black metalową pandę o blond falowanych włosach. Do tego w kiczowatej sukience z mnóstwem kokardek. 
       Pociągnął nosem, w żaden sposób agresywnie nie reagując na znienawidzone przezwisko, a do niedawna potrafił cisnąć we mnie pantofelkiem, kiedy go tak nazywałem.
Nie należy pomijać faktu, że zazwyczaj zwracałem się do niego tak, kiedy pisał swojego różyczkowego bloga. 
       – ...Co to miało być? – dokończyłem i zrobiłem minę surowszą niż jest ziemniak wyjęty prosto z ziemi.
Hime zatrząsł się jeszcze bardziej i zaczął nie tyle, co wyjaśniać, a rzucać pojedynczymi słowami.
       – Ja... Kamijo, jakiś gościu, Gackt... fanfik... Nigdy... Więcej... Zło. – wymamrotał, a ja próbowałem rozszyfrować ten ciąg słów. A co jeżeli czytanie tamtego ,,dzieła'' uszkodziło mu w jakiś sposób trwale mózg?! 
       Hime bełkotał dalej, jednak zauważyłem sporą poprawę: zaczął składać zdania!
       Choć to był dopiero początek horroru.
       – Kamijo mnie lubił. Aż za bardzo. A potem.. . 
 – zaczął szlochać.  –  Było źle, a Gackt był dobry.  I Atsushi Sakurai też tam był. – wydusił z trudem. Zadziwiające, że też tak przeżywał, co się z nim działo w całości zmyślonej opowiastce. Jak tak dalej pójdzie, to poślę go do jakiegoś psychologa. Hizaki i Sakurai, serio? Złotowłosa księżniczka i skośnooka wersja Severusa Snape'a z ,,Harry'ego Pottera'', ludzie to mają pomysły... Przestałem go słuchać, bo zaczął opisywać próbę gwałtu.
       – ...miałem sukienki z diamencikami...– kontynuował już inną historię, tym razem z rozmarzonym wzrokiem. – Tylko nie wiem, czemu zrobili... a właściwie zrobił, bo to facet jakiś pisał, no nie?...  Ze mnie taką damulkę, która się wszystkiego boi! – warknął, a ja ledwo zdążyłem przycisnąć sobie dłoń do ust, żeby powstrzymać nagły atak śmiechu. ,,Damę w potrzebie''? Hizaki świetnie nadawał się do tej roli.
       Teraz, kiedy zaczął się złościć, nazwanie go przeze mnie ,,księżniczką'' sprawiłoby, że przyłożyłby mi berłem -  wyciągniętym nie wiadomo skąd - lub koroną.
       Mimo późnej godziny, Hizaki zaczął mi z zapałem streszczać opowiadanie, co się z nim działo, co robił w tej Hiszpanii z Gacktem, (i co działo się wcześniej, bo zorientował się, że pominął bardzo ważne szczegóły z poprzednich rozdziałów) od czasu do czasu powarkując gniewnie, innym razem uśmiechając się z satysfakcją.
       Średnio co dwie minuty robił pauzę i wlepiał we mnie szkliste ślepia, oczekując komentarza.
       Burczałem wtedy coś współczująco, bo tego w końcu chciał, a ja zbytnio go nie słuchałem, choć w paru momentach utraciłem wiarę w piszących fanów j-rocka i zmiękło mi chwilowo serce.
       Niestety, wpadłem, kiedy powiedziałem ,,Ouh, to okropne! Co też ludziom w głowach siedzi...'', a on po usłyszeniu tego, głosem obrażonej hrabiny zwrócił mi uwagę, że opisywał gotycką sukienkę
       – To ile ta opowieść ma rozdziałów? – zapytałem, przysypiając po ponad godzinie spędzonej z nim pod biurkiem, A ON OPOWIADAŁ DALEJ.
       – Co...? Hm... Pomyślmy – odezwał się jakby wyrwany z transu, przerywając pięciominutowy opis lolicich bucików – Rozdziałów... – powtórzył, zdając się zastanawiać – Około czterdziestu iluś, ale dałem radę do końca. – mruknął, wzdrygając się.
        – A... a przy którym jesteśmy? – tliła się we mnie iskierka nadziei, że powie ,,przy ostatnim!'', podsumuje to wszystko jednym zdaniem i da mi święty spokój.
       – Przy 21! – odpowiedział wesoło, zamiast tego.
       Zawyłem cicho.
       Miałem wrażenie, że cały dziennikarski zapał ze mnie uleciał.

       Nie chciałem za żadne skarby zadawać pytań z rodzaju ,,I co było dalej?'', ,,Rozwiniesz tą myśl?'', ,,Co wtedy czułeś?'' i tak dalej...
       W sumie zaczynałem żałować, że w ogóle postanowiłem sprawdzić, co robi.
Resztkami sił, użyłem całej swojej mocy do przekonywania ludzi, by zachęcić go do przerwania opowieści nudniejszej od typowej brazylijskiej telenoweli, a przynajmniej jego opisy były tak nużące. W zamian obiecałem mu pamiętniko-poduszkę w kształcie Hello Kitty – będzie mógł tam spisać swoje uczucia, a nie mnie zanudzać .

       To przerażające, jak łatwo można było przekupić Hime.
Szkoda, że nie wpadłem na to, gdy ten z entuzjazmem streszczał mi pierwszy rozdział.

czwartek, 31 grudnia 2015

Kukułka Cz. 1

           Saggie powraca! *confetti* Wesołego Nowego Roku, swoją drogą. Bezpiecznej zabawy z petardami...
  Pogubiłam się trochę pisząc, więc – standardowo – zakrzywienie czasoprzestrzeni jest obecne, a do tego złamałam kilka praw biologii... :”)

Baaardzooo dziękuję Zszywce za podzielenia się ze mną kilkoma spostrzeżeniami, które dość mocno wpłynęły na rzeczywistość opowiadania. :D I jeszcze speszyl fenks dla Agi  i Ise oraz wszystkich, którzy motywowali. <3
Aha i coś ważnego  - nie umiem ustawić odpowiedniej wielkości czcionce, więc jakby ktoś miał problem z rozczytaniem się, to polecam po prostu powiększyć stronę. Przepraszam za banalność tej rady. ;;
W ogóle zastanawiam się, czy to coś nie powinno mieć tytułu ,,Gender Propaganda''...
               Czwarta rano to według wielu szatańska godzina.
W szczególności uważają tak ci, którzy o tej godzinie zostali brutalnie wyrwani z objęć Morfeusza.
Jest to pora, gdy zdecydowana większość wolałaby spać.
            Jednak są wyjątki. Osoby, które wstały o wiele wcześniej niemal z własnej, nieprzymuszonej woli.
Kto? Przykładowo; pracownicy stacji benzynowych, piekarze, dostawcy, czy służby.
Była jeszcze jedna grupa ludzi – rozwodnicy, wykorzystujący każdą wolną chwilę, by na siebie powrzeszczeć.
Do tego ostatniego grona należeli Yuuki i Koichi.
              Ich gniewne głosy - w żaden sposób nie przytłumione przez poranną mgłę - mogła usłyszeć cała ulica.
       – Na mnie nie licz! – warknął Koichi, schodząc po betonowych schodkach za Yuukim. – Nie będę się tym zajmować!
        Tematem tej ,,jakże ożywionej i owocnej'' konwersacji było co samo, co tydzień temu. Chociaż... Nie, w zeszłym tygodniu poszło o zdjęcie Yuukiego w stringach i zmywanie naczyń. To, o co kłócili się tym razem, było czymś znacznie poważniejszym – i co gorsza – to coś posiadało własną wolę.
Zapewne rozpłakałoby się, gdyby dowiedziało się, że jest nazywane ,,czymś''.
         – Ach tak?! Chcesz się zupełnie od tego odciąć?! – Jazgot posiadacza długich, amarantowo różowych włosów brzmiał jak growling w stylu rozzłoszczonego kota. Wokalista Lycaonu przygładził swoją grzywkę, po czym oświadczył:
         – Idę do agencji!
Koichi uśmiechnął się drwiąco i przyjrzał strojowi już prawie byłego męża.
Składały się na niego:
koronkowa czarna bluzka, skórzane rękawiczki do łokci, wyglądające jak zrobione z lateksu buty ma obcasie, które sięgały mniej więcej do połowy ud i również skórzane, zatrważająco krótkie spodenki.
         – ...Towarzyskiej? – Basista dokończył jego wypowiedź z nutą zaskoczenia. – Nie wiedziałem, że taką wybrałeś pracę. Ale jakby tak się zastanowić, to wiele to się nie różni, od tego co wyprawiałeś na scenie.
          Yuuki tylko prychnął z pogardą, nie mogąc wymyślić ciętej riposty i jakby nigdy nic, wcisnął do skórzanej torebeczki wystający z niej niewinnie pejcz. Zamierzał policzyć po cichu do dziesięciu, ale dotrwał tylko do dwóch i wybuchnął.
           – No jasne, mów tak dalej! Gdyby Lycaon się nie rozpadł, to pewnie było by dalej w porządku! – tupnął nogą, po chwili orientując się, że obcas zakleszczył mu się we wgłębieniu między płytami chodnikowymi.
          Jednak niezrażony kontynuował. – Nie stać mnie na to! – wrzasnął, nie mając najmniejszej ochoty wypowiadać imienia tego, na wszelki wypadek, żeby się nie obudziło. – Nie zarabiam już prawie! A ty nadal jesteś basistą, co prawda, basiści zawsze dostają najmniej pieniędzy, ale dostają!
           Świadomość porażki, niczym gradowa chmura pojawiła się nad głową Koichiego.
            – Ale... ale... – Zawiesił zrezygnowany głos. Po minucie intensywnie nienawistnego wpatrywania się w niebo, rzucił z nadzieją – Powiedzmy mu, że go adoptowaliśmy, to pewnie nas znienawidzi i ucieknie, więc będziemy mieli spokój...
            Odpowiedziało mu miażdżące spojrzenie Yuukiego.
             –  Aż takim idiotą on nie jest. Każdy wie, że jesteś jego matką.
            Wraz z wymówieniem ostatniego słowa w tym zdaniu, drzwi od domu uchyliły się i wyjrzała z nich bardzo zasmucona, zaspana twarz. Jej właścicielem był Minpha. Wargi mu drżały,  oczy miał przymrużone, a jasnoróżowe włosy dziwnie opadnięte. Koszulka z Kłapouchym dopełniała żałosnego efektu.
     – Tato... Mamo...
    Yuuki i Koichi odwrócili się synchronicznie w jego stronę. Znieruchomieli. Mimo że obaj się nie ruszali, zdawałoby się, że jest między nimi różnica; Koichi przestał chwilowo oddychać.
     –  ...Kurzołaki...*
[*Potwory z kurzu. To coś, czego istnienie wyjaśnię w innym opowiadaniu, a to bardzo długa teoria.]
    Koichi wziął głęboki oddech, niczym ktoś, kto się topił przez dłuższy czas. Wlepił zlęknione ślepia w Minphę.
   – …są pod łóżkiem...
 Yuuki cofnął się o krok.
   – ...boję się.
  Koichi przewrócił oczami. Najwyraźniej Minpha spędził zbyt wiele czasu z psychodelicznym i misiofilnym wujkiem Meto, pomyślał.
      Wtedy spadły na niego kolejne myśli w ilości hurtowej.
         I tak się zaczęło.
     – Syrko.... – Podjął Yuuki, nadal do końca nie wiedząc, czy ma syna, czy może jednak córkę – Pojedziesz na jakiś czas do wujka, dobrze?
    – Którego?
                                                                         *
            Bycie dzieckiem rozwodników lub inną bliską rodziną jest równie straszne, co bycie ich przyjacielem.
     – Tsuzu! Plooosięę~! – Basista Mejibray niezmordowanie biegł za wokalistą tego samego zespołu. – Nie będzie ci w niczym przeszkadzał, serio!
  Czarnowłosy teatralnie dotknął ręką czoła.
   – Mówiłem, że mam tyle na głooowieee~...
   – Może przytnij włosy?
   – Zabawne...
Negocjacje trwały całe dwadzieścia minut. Jakoś się udało wrobić wokalistę w rolę niańki, głównie dlatego, że ten nie miał odpowiednich argumentów, w przeciwieństwie do Koichiego. ,,Domyśl się'' i ,,bo tak'' zawsze działały.
     – I chcę odebrać go żywego.
     – Podrzuć go komuś innemu... Niebo ma dziś zły kolor.
     – Załóżmy, że jest różowe.
                                                                          *
        Kilka godzin później, Minpha stał z Koichim i małym plecakiem pod drzwiami mieszkania Tsuzuku. Na korytarzu słychać było dźwięki brzmiące jak gorączkowe tarcie paznokciem po tablicy.
Drzwi otworzyły się powoli, skrzypiąc. W głębi pomieszczenia jakiś niewyraźny kształt pojawił się pod stołem, a dziwne zwierzę zdawało się chcieć wyrwać kaloryfer ze ściany. Czarna postać z piórami wystającymi z fryzury, uśmiechnęła się smętnie i wciągnęła Minphę, będącego w połowie mówienia ,,Hejoo'' za włosy do środka.
      Koichi pomachał im energicznie i zniknął, trzaskając drzwiami.
     Nadal był święcie przekonany, że zostawia dziecko w dobrych rękach.
     Wujek Tsuzuku uciekł do kuchni, by schować swój satanistyczny gender blender, leżący do tej pory bezceremonialnie na podłodze.
     Minpha rozejrzał się po pokoju, którego właściciel najprawdopodobniej postanowił oszczędzać na oświetleniu.
       Kształt pod stołem zaczął wydawać się teraz bardziej ludzki.
       Być może z tego względu, że był po prostu skulonym człowiekiem.
       Zaciekawiony Minpha, jak przystało na małego odkrywcę, trącił go palcem.
Gdyby Kształt leżał w lesie, trąciłby go patykiem.
     – Hejoo~! Ty też jesteś wujkiem?
    Kształt podskoczył minimalnie, wyczołgał się spod stołu i omiótł pokój obłąkanym wzrokiem.           Dopiero po chwili zauważył Minphę.
   – Tak. – Odparł wujek Kształt z namysłem.
   – Każdy wujek ma imię. Jak ty masz na imię?
  Normalne dziecko powinno zadawać przynajmniej 60 pytań na minutę.
      Minpha nie był do końca normalnym dzieckiem. Podczas gdy jego rówieśników interesowała geometria nieeuklidesowa i ciecze nienewtonowskie, on wolał wiedzieć, czym zajmują się różni wujkowie i jak się nazywają. To zupełnie nienaturalne. Tym bardziej, że Minpha każdego napotkanego mężczyznę uważał za wujka. Tylko czasami wolał się upewnić, tak jak teraz – nie do końca wiedział, czy coś co do tej pory było Tajemniczym Kształtem, może zostać Wujkiem.
     – Ryoga. – W tym momencie przestał być Tajemnicą. Teraz był wujkiem Ryogą.
     – Co robisz u wujka Tsuzu?
Cisza aż dźwięczała.
    – Konserwuję powierzchnie płaskie – oświadczył dumnie Ryoga.
    – Co to znaczy?
    – Sprzątam. Na przykład podłogę pod stołem.
    – Aha. Czemu?
    – Bo jest brudna.
   – A czemu?
   – Bo wujek Tsuzu zbyt wariuje, kiedy tańczy z blenderem.
   – Aha.
  Minphie w zupełności wystarczyło 6 pytań na minutę, by zaspokoić głód wiedzy. Jednak dzikie fanki jak zawsze wiedziały swoje w kwestii pochodzenia brudu.
       Tsuzuku wrócił z kuchni cały w kociej sierści.
   – Wujek, a oprócz tego kota Minpha wskazał na jego koszulkę – To jakiego masz zwierzaka?
   – Tego kota już nie mam... – przyznał niepewnie i szybko wytarł rękę wyglądającą jak ubrudzoną keczupem.
   – A co się z nim stało?
   – Zupełnie przypadkowo wpadł do maszynki do mielenia mięsa.
   Teraz większość dzieci zaczęłaby blednąć lub w inny sposób okazywać przerażenie, tymczasem Minpha...
   – Ale super! – pisnął z uśmiechem – Tak jak się robi pasztet z małych kurczaków?
   – To kurczaki mieli się żywcem? – spytał Tsuzuku, który mimo wielu rzeźniczych pasji nigdy nie zainteresował się wyrobem pasztetu.
   – Chyba tak. A gdzie jest teraz ten kot?
   – W sałatce.
   Coś uwiązane do kaloryfera zaskomlało.
   – Aki, spokój. – rzucił Tsuzuku w kierunku grzejnika.
   Oczy ,,dziecka'' wesoło zaświeciły w półmroku.
   – Wujeeek~! To też jest zwierzak?
   – Można powiedzieć.
   Różowo-włosy przyjrzał się rzekomemu zwierzakowi. Nie potrafił połączyć wszystkich elementów, które się na niego składały w całość, pozwalającą określić jego gatunek. Były ludzkie uszy. Ale były też kocie albo psie wystające z blond włosów. I jeszcze obroża. Tęczowa papka w głowie Minphy imitująca mózg zaczynała się topić przez wykonywanie tylu procesów myślowych jednocześnie. Nie mógł powstrzymać kolejnego pytania.
   – A co to za zwierzak?
   – Przystojny facet. Zawsze chciałem takiego mieć.
   – Aha. A robi sztuczki?
   Kłopotliwą ciszę przerywało oburzone szczękanie łańcucha Akiego.
  – Nie.
  – A tresowałeś go?
  – Próbowałem.
   W międzyczasie Ryoga za pomocą swojej najlepszej koszuli w kratkę nadal sumiennie konserwował wszystkie powierzchnie płaskie, jakie tylko znajdowały się w mieszkaniu i udawał, że nie słyszy całej rozmowy.
To niezwykle fascynujące zajęcie sprawiło, że wymyślił zabawę idealną dla przedszkolaków specjalnej troski – konkurs szczekania.
      Tsuzuku mający w tej dziedzinie spore doświadczenie pierwszy zgłosił się na ochotnika.
Choć Minpha był najmłodszy z całej czwórki, miał jeszcze trochę godności, dlatego też dostał obiecującą fuchę sędzi. Tsuzu i Ryoga ustawili się w rządku obok unieruchomionego, skomlącego Akiego. Nikt nie był na tyle wspaniałomyślny, by odwiązać go od kaloryfera. Minpha wziął mały notatnik i usiadł na krześle obrotowym. Jego zadaniem było notować, jak jaka rasa psa brzmią uczestnicy. Zwycięzcą miał być ten, kto zabrzmi najbardziej psowato, o ile w ogóle istnieje takie słowo...

  Coś zawarczało dziko i nieludzko. Odgłos bardzo tsuzukowy.
    ,,1. Nosorożec'' – zanotował Minpha, pewien, że to taki pies.
Po chwili usłyszał bardzo piskliwy dźwięk.
    ,,2. Chihuahuahuahuahua'' – zapisał. Doskonale wiedział, jak zacząć pisać słowo ,,
Chihuahua'', ale nie miał pojęcia jak skończyć.
Rozległo się skomlenie i szczęk łańcucha.
   ,,3. Przystojny facet''
   Przyjrzał się zapiskom. Udekorował notatki kwiatkami. Trzy przedszkolaki specjalnej troski przyglądały mu się wyczekująco.
     – No więc... Zwycięża... Wujek Ryoga~! – Ogłosił, bo z tego wszystkiego co usłyszał, tylko ten pisk kojarzył mu się z psem. Z sufitu posypało się niewidzialne confetti.
Ryoga ze szczęścia zawył do świata jako takiego.
    –  A teraz wymyśl ktoś nagrodę. Bo o tym nie pomyślałem. - mruknął zdradzając, że z myślenie zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. -  Jakieś propozycje?
   – Zamiana z Akim~! – Poinformował go Tsuzuku, odpinając łańcuch od obroży zwierzęco-uszatego wokalisty.
        Po krótkiej szarpaninie, Ryoga został przywiązany do grzejnika, a Aki płochliwie przemieszczał się z kąta w kąt, jak krwiożerczy pies, który po raz pierwszy wkroczył na obcy teren i nie wie, jak ma się zachować. Mejibrayowy krzykacz tańczył z ukochanym blenderem, jeszcze bardziej mieląc szczątki kota w jego wnętrzu. Z braku lepszego pomysłu, Minpha grzebał chwilę w swoim małym plecaku, wyciągnął lusterko i zestaw do makijażu. Domalował sobie brodę.          Stwierdził, że wygląda strasznie. Z jeszcze większym przerażeniem odkrył, że do wykonania tego makijażu użył wodoodpornych, a nawet łzoodpornych kosmetyków. Teraz już wiedział, jak czuje się ktoś, kto przez przypadek został różowowłosą Conchitą Wurst.
    Z tej całej rozpaczy zasnął na krześle obrotowym.
                                                                    *
          Minpha otworzył oczy. Z drgań, warkotu  i znikających za szybą budynków wydedukował, że jest w samochodzie, aż dziw bierze, że nie zażądał z tego powodu dyplomu za spostrzegawczość. Na miejscu kierowcy dostrzegł Yuukiego.
    – Tatooo – wypaplał cicho – gdzie jedziemy?
    Yuuki spuścił na moment oczy z drogi i odwrócił się do niego.
     – Do wujka Karmy.
     Te słowa natychmiast go orzeźwiły. Nie tyle, co nie lubił brata swojego taty, tylko raczej się go bał z niezrozumiałych przyczyn. Może to była wina jakiejś aury...
    – A właśnie... – Tym razem Yuuki się nie odwracał. – Wujek Tsuzuku domalował ci tę brodę, kiedy spałeś?
   – Nie...
   Kierowca westchnął ciężko.
   – Chłopcze, weź się lepiej zdecyduj. Albo spódniczki, albo brody. Przecież nie możesz wystąpić na Eurowizji, skoro z Azji jesteś.
       Minpha kiwnął smutno głową.
          – Aha, masz sałatkę od wujka. – Yuuki wskazał na plecak leżący na kolanach syna.
   Młody basista posłusznie wyjął plastikowe pudełko. Uśmiechnął się promiennie.
      – A wieesz, że jeeest z koteem? – zapytał, radośnie przeciągając sylaby.
      – Olaboga...! Wyrzuć to przez okno!
      Pudełko wyfrunęło uderzając w przypadkową ścianę. Wieczko odczepiło się, a zawartość została rozsypana na chodniku. Ten rażący akt śmiecenia przyczynił się do wzrostu poziomu kanibalizmu wśród nieświadomych, bezdomnych kotów.
     – Wiedziałem, że ten człowiek nie jest normalny... – mruczał wstrząśnięty Yuuki.
Dalsza droga upłynęła w gęstym milczeniu wlewającym się w uszy.
                                                            *
   Po okołu czterdziestu minutach, Yuuki w bardzo troskliwym geście chwycił Minphę za kołnierz i  wyciągnął z samochodu.
       Budynek składający się na pierwszy rzut oka z głównie blachy stał na małej polanie w środku lasu.  Kamień leżący na lewo od  drewnianych drzwi, z których wystawały gwoździe, informował, iż mieszkaniec nie życzy sobie tu cebuli.
    Yuuki podniósł młotek pozostawiony na kamieniu i za pomocą narzędzia zapukał do drzwi.
      Drzwi otworzyły się lekko, a zza nich został wystawiony ozdobny wachlarz.
      
   –  Powiedz wierszyk - zażądał trzymający ozdobę.
        –  Gdy gwiazdkę z nieba chcesz, dzwoń pod sześć - sześć - sześć!    –  Nim Yuuki zdążył otworzyć usta, Minpha stanął pod drzwiami i wyrecytował coś, czego teoretycznie powinien nauczyć się z przedszkola. 
Zamiast chóralnego ,,olaboga!'' słychać było tylko jedno cierpiętnicze ,,olaboga'' i klaskanie zza drzwi, które po sekundzie zostały otworzone na oścież.  Stało w nich coś, co przypominało Minphie lustrzane odbicie jego taty.
        
   –  Już podoba mi się ten dzieciak.    –  oświadczyło z uśmiechem, w zadumie przykładając dłoń do ust.            Minpha zadrżał lekko, jak każdy, kto zauważa, że jego niania za wachlarzem chowa nóż nie wyglądający do końca na kuchenny.

środa, 12 sierpnia 2015

Jeszcze tu wrócę!

Saggie zawiesza bloga na jakiś czas.
Wróci jak zamknie swoja Wenę w piwnicy.
Ma rozpoczęte wszystkie możliwe mini serie i rozdział każdy urywa się po 600 słowach, podejrzewa, że to jakaś klątwa...
Ale za to wpadła na pomysł na nową opowieść, hardkorową, zalatującą BDSM, sadyzmem, ANGST'em, bólem dupy, cierpieniem, niewolnictwem, science fiction i złem ogólnym.
Z własnymi postaciami.
Na innym blogu, może klątwa tam minie...
A oto i on
Jak się ogarnie i przepisze z zeszytu pierwszy rozdział, to coś się tam zacznie dziać.
Aga, dziękuję, że Tobie się zawsze wszystko podoba. XDDD
~Do widzenia~
*macha dziko łapką*

wtorek, 14 lipca 2015

Smoczy syn kotem?! I

[ PODANY MATERIAŁ TO ZAPYCHACZ, BO GENIALNA SAGGIE, TERAZ MA FAZĘ NA SKYRIM'A I BĘDZIE MALTRETOWAĆ POSTACIE W ŚWIECIE GRY, HEHE. DO TEGO WŁASNE POSTACIE, #TAKA #KREATYWNA I UTKNĘŁA PISZĄC PORĘ NA NCBL II (/<) ]





       Nagła chęć zwiedzenia świata i przygód.  Ciekawość. Coś, co potrafiło ruszyć z miejsca nawet
najbardziej leniwego kotołaka, którego rasa powszechnie była powszechnie znana jako  ,,khajiit''.    
Stwór, przypominający obrośniętego sierścią człowieka, o kocim pysku i ogonie, podjął się szalonej decyzji opuszczenia swojej rodzimej pustyni Elsweyr, by szukać szczęścia w odległej krainie wiecznej zimy - Skyrim, zamieszkanej przez najbardziej nieufną i nietolerancyjną rasę - nordów.
    Jednak, czy łatwo było dostać się do tego miejsca?
 Z jednej strony, można powiedzieć, że tak, skoro był wieziony konnym wozem prosto jednego z miast kraju.
Minusem był przykry fakt, że jechał na ścięcie.
Opowieść dopiero się zaczyna, a bohater już ma umierać?
Radisha - bo tak brzmiało jego imię - przeklinał swój plan, mając na uwadze, że gdy stukot końskich kopyt ucichnie, czeka go nieunikniona śmierć. Niestety, wystarczyła jego obecność przy spiskowcach, by został oskarżony o to samo, co oni.
 Gdy dotarł wraz z grupką osób posądzonych o spisek przeciwko ówczesnemu władcy, na miejsce egzekucji, już czul topór na swojej szyi...rozległ się ogłuszający huk, a ziemia zatrzęsła się zabranym pod nogami.
Ogromny gad przysiadł na pokrytym strzechą dachu, jednego z szarawych budynków, którymi otoczony był plac. Z nozdrzy bestii wydobył się dym, po czym ryknęła a z pyska wypuściła płomienie, paląc wszystko, co było na jej drodze. Ludzie zaczęli uciekać w popłochu, strażnicy zostawili skazańców i ruszyli na smoka. Zwierz w furii, rozdrażniony strzałami odbijającymi się od jego lśniących czarnych łusek,  zaczął krążyć nad miasteczkiem, co chwilę wypuszczając snopy iskier. Ogonem niszczył zabudowania, przemieniając tętniące życiem miasteczko, co prawda, posiadające osobliwy plac, w ruinę. Serce Radishy waliło jak oszalałe, a twarz wykrzywiała się pod wpływem panicznego lęku. Leżał wśród cegieł, sparaliżowany, słysząc rozpaczliwe krzyki i będąc co chwila przydeptywanym, przez innych, którzy najwyraźniej uznali go za zwłoki, po których można bez przeszkód stąpać. Jego ręce cały czas były związane liną do tyłu.
Podnieś się, przeżyj, wstań... dasz radę, to nie tak miało się skończyć - powtarzał sobie i uniósł ostrożnie głowę, z trudem próbując wygrzebać się spod gruzu, zaczął wzywać pomocy.
Czyjaś dłoń podniosła go do góry za poszarpane ubranie.
Spojrzał krótko na swego wybawcę, którym okazała się być  elfka, sądząc po kształcie uszu, z jego ust usłyszała jedynie ciche ,,dziękuję'',  Radisha chciał uciekać, biec przed siebie, byle jak najdalej stąd. Ale elfka mu na to nie zamierzała pozwolić. Jest ze straży? - ta myśl zmroziła khajiitowi krew w żyłach - jeśli tak; zabije mnie, miałem być dziś ścięty, co z tego, że nie miałem nic wspólnego z tymi typami, a tym bardziej nie wiedziałem kim jest ten jarl, cokolwiek to znaczy... 
     - Vuth! - usłyszał stanowczy rozkaz zatrzymania się z jej strony - Nie czekając aż ten się łaskawie zatrzyma, chwyciła go za ramię - Zu'u fen govey hi - wyjaśniła z uśmiechem, nie zważając na to, że dookoła dalej trwa pojedynek straży ze smokiem. Zrozumiał, uczył się języka dovahzul, którym posługiwali się mieszkańcy Skyrim. Dziewczyna nie miała złych zamiarów, chciała go rozwiązać, by ten nie musiał ratować swojego życia, mając skrępowane ręce. Poczuł jak liny puszczają, a do nadgarstków na nowo dopływa odpowiednia ilość krwi.
 - Nox hi, pruzah sil - skłonił się dziewce, dziękując i nazywając ją ,,dobrą duszą''.
        Ruszył pędem przed siebie, w stronę majaczących zarysów większego miasta, licząc, że gdy tam dojdzie, nie zastanie go spustoszonego przez latające bestie, które do tej pory wydawały mu się być tylko bajką.









     

niedziela, 21 czerwca 2015

Bawełna [Meto x Ruana-chan]

Ostrzeżenia: Meto i jego przemyślenia na temat zespołowego misia. Dziwność, ogólny brak myślenia, przypadki perkusisty, sama nie wiem jak to nazwać, heh i ,,jedyny słuszny paring z wykorzystaniem Meto'' XD



Na początku Cię nie lubiłem.
Byłeś zbędny - przeszkadzałeś mi.
Musiałem wszędzie nosić Twój pluszowy, książęcy tyłek.
Jakby dwa kilo pudru i lakieru na włosach nie było dla mnie wystarczającym balastem.
A to ja miałem być maskotką.
Nie Ty.

Pamiętam dzień, w którym się pojawiłeś.
Prosto od jakiegoś krawca, na zamówienie. Tsuzuku przyniósł Cię do mnie w papierowej torbie.
Była do Ciebie dołączona instrukcja.
,,Prać ręcznie''
Dobre sobie - pomyślałem i bez zastanowienia wrzuciłem Cię do pralki, bo przez towarzystwo wokalisty przesiąknąłeś nieprzyjemnym zapachem.
Nie miałem nic do roboty, więc patrzyłem jak wirujesz w urządzeniu.
Po chwili łapka oderwała się od Ciebie, a ja tępo obserwowałem plusz unoszący się w wodzie.
Szybko zatrzymałem program i Cię wyjąłem.
Przystąpiłem również do szukania Twojej kończyny w pralkowych czeluściach.
Zrobiło się w Tobie trochę dziur.
Przeraziłem się. Czy zawsze muszę wszystko zepsuć? Cokolwiek by to nie było?  Wszyscy się znowu będą patrzeć na mnie z politowaniem i kolejny raz usłyszę standardowe ,,Meto, naprawdę?''.
Zacząłem się rozwodzić nad własną głupotą, chyba nic by mi się nie stało, gdybym wyprał Cię ręcznie.  Pozostało mi naprawić szkody.
Wygrzebałem resztki pluszu i położyłem Cię na oknie, czekając aż wyschniesz.
Te luki w futerku nie wyglądały dobrze,  Postanowiłem naszyć na nie kolorowe łatki, pod pretekstem przyozdobienia Cię. I tym sposobem na moich ręcznikach i pościeli pojawiło się kilka tajemniczych kwadratowych dziur.
Oderwaną łapkę też przyszyłem, przy okazji przebijając sobie opuszek palca igłą.
Jeszcze tylko tego brakowało, żebym ubrudził Cię krwią.

Nie wygryzłeś mnie z funkcji maskotki.
Może tylko odrobinę.
Ja dalej pozostałem masochistyczna lalką walącą w perkusję.
Podobno w zespołach perkusiści są tylko po to, żeby taszczyć graty i żeby basista miał z kim porozmawiać na koncercie.
A w Mejibray jest trochę inaczej.
Perkusista prawie nigdy się nie odzywa,
Ale za to rozmawia z misiem. Fani wybrali Ci imię, wiesz?
Od teraz jesteś Ruaną-chanem.
Podoba mi się Twoje nowe imię.

Nawet trochę Cię lubię.
Ostatnio Koichi zamówił jakiś średnio zjadliwy wynalazek z pobliskiej pizzerni.
Uparłem się, żebyś siedział mi na kolanach.
Nawet MiA patrzył na mnie wzrokiem rodzica, który zastanawia się, po co jego dziecku ulubiona zabawka przy obiedzie.
Nawet nie wiem jak, ketchup znalazł się na Twojej głowie.
Pewnie z mojej winy. Jak zwykle.
Czym prędzej pobiegłem Cię wyprać.
Po chwili w drzwiach stał zniecierpliwiony Tsuzu.
- Ile można prać misia? - spytał i odsunął mnie od miski z wodą - Wracaj do jedzenia, a potem się tym zajmiesz. - polecił.
Ale nie mogłem Cię zostawić w takim stanie.
- Dobra, już ja to zrobię - mruknął, widząc moją zapewne przestraszoną minę.
Po prostu zanużył Cię całego w wodzie! Do góry nogami! Zamiast na mycie - wyglądało mi to bardziej na topienie! Spojrzałem na niego oburzony i zwróciłem mu na to uwagę.
Po jego wyrazie twarzy mogłem stwierdzić, ze za chwilę powie coś w rodzaju ,,Z kim ja muszę pracować...'', ale jednak tego nie zrobił, tylko mi Cię wręczył bez słowa.
- To miś, zwykły miś, Meto, nie wariuj... - przewrócił oczami
- Ale ja go lubię! Sam mi kazałeś - prychnąłem niczym wściekły kot.
- Bo nosiłeś go  miną, jakbyś niósł co najmniej...- urwał szukając odpowiedniego porównania - krowi placek w kształcie pluszaka! Zdawałeś się nienawidzić tej maskotki, jakby wisiała nad nią klątwa - wyrzucił z siebie. Huh, aż tak dziwnie się zachowywałem?... - A teraz się z nim obchodzisz jak z bynajmniej żywą istotą.
Nie jesteś żywy, ale jesteś Ruaną i to mi wystarczy.
Bo polubiłem Cię jednak bardziej niż ,,trochę''.

Zauważyłem, że jesteś miękki.
Przydałeś się w trasie -  byłeś świętną poduszką.
Ale mimo to, bardzo wszystkich przeraziłeś, kiedy podczas wywiadu poszedłeś na spacer.
Sprawiłeś, że zazwyczaj spokojny MiA biegał po autobusie z rękami w powietrzu i piszczał : ,,Nie ma Ruany! Misiek nam zaginął!''
A tym czasem schowałeś się w krzakach i opychałeś się żelkami, które pewnie zwinąłeś Koichiemu. Nieładnie! A menadżer Cię bronił - według niego zbliżający koncert Cię zestresował, a wszyscy latali wte i wewte, więc miałeś prawo na chwilę nam uciec.
Ciekawe co by zrobili, gdyby mnie znaleźli w zaroślach z paczką żelków.
Znając życie, by się zdenerwowali i zrobiliby mi godzinny wykład o szkodliwości spożywania cukierków przed koncertami.
Ale Ty jesteś misiem. A ja maskotką.
Niby nie ma różnicy, ale jednak jest.
Misiom - jak kotom - wszystko zawsze uchodzi płazem, bo są tak bardzo kawaii
Maskotkom - niekoniecznie, bo nie zawsze są urocze.
Dziękuję, że byłeś dobrą alternatywą dla poduszki i się znalazłeś.

Patrząc na poprzednie wpisy, zauważyłem, że potrafię myśleć kursywą, jeżeli bardzo chcę.
Tylko, jak to powiedział pewien mądry pisarz* - ,,Takich ludzi należy bacznie obserwować.
Najlepiej z bezpiecznej odległości''.  
Przy tym cytacie najlepiej widać tą moją umiejętność.
Jestem wyjątkowy~!
A, nie. Tylko mi się wydawało.
Niestety, osoby, które nawet mogą nie wiedzieć, że potrafię myśleć w taki sposób, wolą obserwować mnie z bezpiecznej odległości.
Trochę mnie to martwi.
Na szczęście mam Ciebie.
A Ty zawsze ze spokojem mnie wysłuchasz.
I nigdy nie przerwiesz mojej opowieści ani mnie nie wyśmiejesz.
Szkoda, że nie znam takich ludzi.
Teoretycznie mógłbym, gdybym tylko pozaszywał usta osóbkom z mojego otoczenia.
A następnie wypchał pluszem.
Obrzydliwy pomysł, prawda?
Ale wiem, że Ty go na pewno nie skrytykujesz.

Zacząłem dostawać bardzo mądre rady jak się nie zabić od Mii.
Przepraszam, za to kiedy przez przypadek wbiłem w Ciebie nóż.
A MiA ostrzegał: ,,Z nożem się nie biega!''.
No cóż...tak wyszło. Mordercze narzędzie zakończyło swój lot przez pokój na Twoim brzuchu.
Choć w sumie, to dobrze, że na Tobie, a nie na kimś, kto miał nieszczęście znajdować się w pobliżu moich kulinarnych harców.
Koichi również zaczął otrzymywać darmowe porady od gitarzysty.
Nie stosował się do nich, co poskutkowało, że dostał dożywotni zakaz korzystania ze schodów.
Nawet ja wiem, że pokonywanie schodów z prędkością światła  (jakby były jakimś osobistym wrogiem) , na dodatek na szpilkach, nie jest zbyt rozsądne. Ale różowowłosy o tym nie wiedział.
Gdyby się wywalił, na tych wyjątkowo krętych schodkach, pewnie stracilibyśmy basistę.
W sumie... ja nie potrzebuje Koichiego.
No dobra, czasami się przydawał  - jako tłumacz mojego bełkotu.
Ale...
...Mam Ciebie.
Wyglądasz w sukienkach równie dobrze, co Koichi w sukni ślubnej.
W klatce też się ładnie prezentujesz.
Chyba nawet lepiej ode mnie.

Dokonałem wstrząsającego odkrycia.
Z całego zespołu lubię najbardziej Ciebie.
Pluszowego misia.
Reszta mogłaby nie istnieć.
Masz same zalety
Jesteś miękki, małomówny, uroczy, nieduży, lekki, poręczny, mogę Cię wszędzie ze sobą zabrać, dzięki Tobie nie wyglądam momentami tak strasznie, masz fajne łapki.
I świetny zameczek przy karku, dzięki któremu można Cię ,,otworzyć'' i ukryć w Tobie słodycze.
Albo pałeczki.
Szkoda, że cała perkusja się w nie zmieści.
 Wiem, że żadne wyznanie w żaden sposób nie poruszy Twojego bawełnianego serduszka.
Ale mimo to...
Kocham Cię, Ruana.