czwartek, 31 grudnia 2015

Kukułka Cz. 1

           Saggie powraca! *confetti* Wesołego Nowego Roku, swoją drogą. Bezpiecznej zabawy z petardami...
  Pogubiłam się trochę pisząc, więc – standardowo – zakrzywienie czasoprzestrzeni jest obecne, a do tego złamałam kilka praw biologii... :”)

Baaardzooo dziękuję Zszywce za podzielenia się ze mną kilkoma spostrzeżeniami, które dość mocno wpłynęły na rzeczywistość opowiadania. :D I jeszcze speszyl fenks dla Agi  i Ise oraz wszystkich, którzy motywowali. <3
Aha i coś ważnego  - nie umiem ustawić odpowiedniej wielkości czcionce, więc jakby ktoś miał problem z rozczytaniem się, to polecam po prostu powiększyć stronę. Przepraszam za banalność tej rady. ;;
W ogóle zastanawiam się, czy to coś nie powinno mieć tytułu ,,Gender Propaganda''...
               Czwarta rano to według wielu szatańska godzina.
W szczególności uważają tak ci, którzy o tej godzinie zostali brutalnie wyrwani z objęć Morfeusza.
Jest to pora, gdy zdecydowana większość wolałaby spać.
            Jednak są wyjątki. Osoby, które wstały o wiele wcześniej niemal z własnej, nieprzymuszonej woli.
Kto? Przykładowo; pracownicy stacji benzynowych, piekarze, dostawcy, czy służby.
Była jeszcze jedna grupa ludzi – rozwodnicy, wykorzystujący każdą wolną chwilę, by na siebie powrzeszczeć.
Do tego ostatniego grona należeli Yuuki i Koichi.
              Ich gniewne głosy - w żaden sposób nie przytłumione przez poranną mgłę - mogła usłyszeć cała ulica.
       – Na mnie nie licz! – warknął Koichi, schodząc po betonowych schodkach za Yuukim. – Nie będę się tym zajmować!
        Tematem tej ,,jakże ożywionej i owocnej'' konwersacji było co samo, co tydzień temu. Chociaż... Nie, w zeszłym tygodniu poszło o zdjęcie Yuukiego w stringach i zmywanie naczyń. To, o co kłócili się tym razem, było czymś znacznie poważniejszym – i co gorsza – to coś posiadało własną wolę.
Zapewne rozpłakałoby się, gdyby dowiedziało się, że jest nazywane ,,czymś''.
         – Ach tak?! Chcesz się zupełnie od tego odciąć?! – Jazgot posiadacza długich, amarantowo różowych włosów brzmiał jak growling w stylu rozzłoszczonego kota. Wokalista Lycaonu przygładził swoją grzywkę, po czym oświadczył:
         – Idę do agencji!
Koichi uśmiechnął się drwiąco i przyjrzał strojowi już prawie byłego męża.
Składały się na niego:
koronkowa czarna bluzka, skórzane rękawiczki do łokci, wyglądające jak zrobione z lateksu buty ma obcasie, które sięgały mniej więcej do połowy ud i również skórzane, zatrważająco krótkie spodenki.
         – ...Towarzyskiej? – Basista dokończył jego wypowiedź z nutą zaskoczenia. – Nie wiedziałem, że taką wybrałeś pracę. Ale jakby tak się zastanowić, to wiele to się nie różni, od tego co wyprawiałeś na scenie.
          Yuuki tylko prychnął z pogardą, nie mogąc wymyślić ciętej riposty i jakby nigdy nic, wcisnął do skórzanej torebeczki wystający z niej niewinnie pejcz. Zamierzał policzyć po cichu do dziesięciu, ale dotrwał tylko do dwóch i wybuchnął.
           – No jasne, mów tak dalej! Gdyby Lycaon się nie rozpadł, to pewnie było by dalej w porządku! – tupnął nogą, po chwili orientując się, że obcas zakleszczył mu się we wgłębieniu między płytami chodnikowymi.
          Jednak niezrażony kontynuował. – Nie stać mnie na to! – wrzasnął, nie mając najmniejszej ochoty wypowiadać imienia tego, na wszelki wypadek, żeby się nie obudziło. – Nie zarabiam już prawie! A ty nadal jesteś basistą, co prawda, basiści zawsze dostają najmniej pieniędzy, ale dostają!
           Świadomość porażki, niczym gradowa chmura pojawiła się nad głową Koichiego.
            – Ale... ale... – Zawiesił zrezygnowany głos. Po minucie intensywnie nienawistnego wpatrywania się w niebo, rzucił z nadzieją – Powiedzmy mu, że go adoptowaliśmy, to pewnie nas znienawidzi i ucieknie, więc będziemy mieli spokój...
            Odpowiedziało mu miażdżące spojrzenie Yuukiego.
             –  Aż takim idiotą on nie jest. Każdy wie, że jesteś jego matką.
            Wraz z wymówieniem ostatniego słowa w tym zdaniu, drzwi od domu uchyliły się i wyjrzała z nich bardzo zasmucona, zaspana twarz. Jej właścicielem był Minpha. Wargi mu drżały,  oczy miał przymrużone, a jasnoróżowe włosy dziwnie opadnięte. Koszulka z Kłapouchym dopełniała żałosnego efektu.
     – Tato... Mamo...
    Yuuki i Koichi odwrócili się synchronicznie w jego stronę. Znieruchomieli. Mimo że obaj się nie ruszali, zdawałoby się, że jest między nimi różnica; Koichi przestał chwilowo oddychać.
     –  ...Kurzołaki...*
[*Potwory z kurzu. To coś, czego istnienie wyjaśnię w innym opowiadaniu, a to bardzo długa teoria.]
    Koichi wziął głęboki oddech, niczym ktoś, kto się topił przez dłuższy czas. Wlepił zlęknione ślepia w Minphę.
   – …są pod łóżkiem...
 Yuuki cofnął się o krok.
   – ...boję się.
  Koichi przewrócił oczami. Najwyraźniej Minpha spędził zbyt wiele czasu z psychodelicznym i misiofilnym wujkiem Meto, pomyślał.
      Wtedy spadły na niego kolejne myśli w ilości hurtowej.
         I tak się zaczęło.
     – Syrko.... – Podjął Yuuki, nadal do końca nie wiedząc, czy ma syna, czy może jednak córkę – Pojedziesz na jakiś czas do wujka, dobrze?
    – Którego?
                                                                         *
            Bycie dzieckiem rozwodników lub inną bliską rodziną jest równie straszne, co bycie ich przyjacielem.
     – Tsuzu! Plooosięę~! – Basista Mejibray niezmordowanie biegł za wokalistą tego samego zespołu. – Nie będzie ci w niczym przeszkadzał, serio!
  Czarnowłosy teatralnie dotknął ręką czoła.
   – Mówiłem, że mam tyle na głooowieee~...
   – Może przytnij włosy?
   – Zabawne...
Negocjacje trwały całe dwadzieścia minut. Jakoś się udało wrobić wokalistę w rolę niańki, głównie dlatego, że ten nie miał odpowiednich argumentów, w przeciwieństwie do Koichiego. ,,Domyśl się'' i ,,bo tak'' zawsze działały.
     – I chcę odebrać go żywego.
     – Podrzuć go komuś innemu... Niebo ma dziś zły kolor.
     – Załóżmy, że jest różowe.
                                                                          *
        Kilka godzin później, Minpha stał z Koichim i małym plecakiem pod drzwiami mieszkania Tsuzuku. Na korytarzu słychać było dźwięki brzmiące jak gorączkowe tarcie paznokciem po tablicy.
Drzwi otworzyły się powoli, skrzypiąc. W głębi pomieszczenia jakiś niewyraźny kształt pojawił się pod stołem, a dziwne zwierzę zdawało się chcieć wyrwać kaloryfer ze ściany. Czarna postać z piórami wystającymi z fryzury, uśmiechnęła się smętnie i wciągnęła Minphę, będącego w połowie mówienia ,,Hejoo'' za włosy do środka.
      Koichi pomachał im energicznie i zniknął, trzaskając drzwiami.
     Nadal był święcie przekonany, że zostawia dziecko w dobrych rękach.
     Wujek Tsuzuku uciekł do kuchni, by schować swój satanistyczny gender blender, leżący do tej pory bezceremonialnie na podłodze.
     Minpha rozejrzał się po pokoju, którego właściciel najprawdopodobniej postanowił oszczędzać na oświetleniu.
       Kształt pod stołem zaczął wydawać się teraz bardziej ludzki.
       Być może z tego względu, że był po prostu skulonym człowiekiem.
       Zaciekawiony Minpha, jak przystało na małego odkrywcę, trącił go palcem.
Gdyby Kształt leżał w lesie, trąciłby go patykiem.
     – Hejoo~! Ty też jesteś wujkiem?
    Kształt podskoczył minimalnie, wyczołgał się spod stołu i omiótł pokój obłąkanym wzrokiem.           Dopiero po chwili zauważył Minphę.
   – Tak. – Odparł wujek Kształt z namysłem.
   – Każdy wujek ma imię. Jak ty masz na imię?
  Normalne dziecko powinno zadawać przynajmniej 60 pytań na minutę.
      Minpha nie był do końca normalnym dzieckiem. Podczas gdy jego rówieśników interesowała geometria nieeuklidesowa i ciecze nienewtonowskie, on wolał wiedzieć, czym zajmują się różni wujkowie i jak się nazywają. To zupełnie nienaturalne. Tym bardziej, że Minpha każdego napotkanego mężczyznę uważał za wujka. Tylko czasami wolał się upewnić, tak jak teraz – nie do końca wiedział, czy coś co do tej pory było Tajemniczym Kształtem, może zostać Wujkiem.
     – Ryoga. – W tym momencie przestał być Tajemnicą. Teraz był wujkiem Ryogą.
     – Co robisz u wujka Tsuzu?
Cisza aż dźwięczała.
    – Konserwuję powierzchnie płaskie – oświadczył dumnie Ryoga.
    – Co to znaczy?
    – Sprzątam. Na przykład podłogę pod stołem.
    – Aha. Czemu?
    – Bo jest brudna.
   – A czemu?
   – Bo wujek Tsuzu zbyt wariuje, kiedy tańczy z blenderem.
   – Aha.
  Minphie w zupełności wystarczyło 6 pytań na minutę, by zaspokoić głód wiedzy. Jednak dzikie fanki jak zawsze wiedziały swoje w kwestii pochodzenia brudu.
       Tsuzuku wrócił z kuchni cały w kociej sierści.
   – Wujek, a oprócz tego kota Minpha wskazał na jego koszulkę – To jakiego masz zwierzaka?
   – Tego kota już nie mam... – przyznał niepewnie i szybko wytarł rękę wyglądającą jak ubrudzoną keczupem.
   – A co się z nim stało?
   – Zupełnie przypadkowo wpadł do maszynki do mielenia mięsa.
   Teraz większość dzieci zaczęłaby blednąć lub w inny sposób okazywać przerażenie, tymczasem Minpha...
   – Ale super! – pisnął z uśmiechem – Tak jak się robi pasztet z małych kurczaków?
   – To kurczaki mieli się żywcem? – spytał Tsuzuku, który mimo wielu rzeźniczych pasji nigdy nie zainteresował się wyrobem pasztetu.
   – Chyba tak. A gdzie jest teraz ten kot?
   – W sałatce.
   Coś uwiązane do kaloryfera zaskomlało.
   – Aki, spokój. – rzucił Tsuzuku w kierunku grzejnika.
   Oczy ,,dziecka'' wesoło zaświeciły w półmroku.
   – Wujeeek~! To też jest zwierzak?
   – Można powiedzieć.
   Różowo-włosy przyjrzał się rzekomemu zwierzakowi. Nie potrafił połączyć wszystkich elementów, które się na niego składały w całość, pozwalającą określić jego gatunek. Były ludzkie uszy. Ale były też kocie albo psie wystające z blond włosów. I jeszcze obroża. Tęczowa papka w głowie Minphy imitująca mózg zaczynała się topić przez wykonywanie tylu procesów myślowych jednocześnie. Nie mógł powstrzymać kolejnego pytania.
   – A co to za zwierzak?
   – Przystojny facet. Zawsze chciałem takiego mieć.
   – Aha. A robi sztuczki?
   Kłopotliwą ciszę przerywało oburzone szczękanie łańcucha Akiego.
  – Nie.
  – A tresowałeś go?
  – Próbowałem.
   W międzyczasie Ryoga za pomocą swojej najlepszej koszuli w kratkę nadal sumiennie konserwował wszystkie powierzchnie płaskie, jakie tylko znajdowały się w mieszkaniu i udawał, że nie słyszy całej rozmowy.
To niezwykle fascynujące zajęcie sprawiło, że wymyślił zabawę idealną dla przedszkolaków specjalnej troski – konkurs szczekania.
      Tsuzuku mający w tej dziedzinie spore doświadczenie pierwszy zgłosił się na ochotnika.
Choć Minpha był najmłodszy z całej czwórki, miał jeszcze trochę godności, dlatego też dostał obiecującą fuchę sędzi. Tsuzu i Ryoga ustawili się w rządku obok unieruchomionego, skomlącego Akiego. Nikt nie był na tyle wspaniałomyślny, by odwiązać go od kaloryfera. Minpha wziął mały notatnik i usiadł na krześle obrotowym. Jego zadaniem było notować, jak jaka rasa psa brzmią uczestnicy. Zwycięzcą miał być ten, kto zabrzmi najbardziej psowato, o ile w ogóle istnieje takie słowo...

  Coś zawarczało dziko i nieludzko. Odgłos bardzo tsuzukowy.
    ,,1. Nosorożec'' – zanotował Minpha, pewien, że to taki pies.
Po chwili usłyszał bardzo piskliwy dźwięk.
    ,,2. Chihuahuahuahuahua'' – zapisał. Doskonale wiedział, jak zacząć pisać słowo ,,
Chihuahua'', ale nie miał pojęcia jak skończyć.
Rozległo się skomlenie i szczęk łańcucha.
   ,,3. Przystojny facet''
   Przyjrzał się zapiskom. Udekorował notatki kwiatkami. Trzy przedszkolaki specjalnej troski przyglądały mu się wyczekująco.
     – No więc... Zwycięża... Wujek Ryoga~! – Ogłosił, bo z tego wszystkiego co usłyszał, tylko ten pisk kojarzył mu się z psem. Z sufitu posypało się niewidzialne confetti.
Ryoga ze szczęścia zawył do świata jako takiego.
    –  A teraz wymyśl ktoś nagrodę. Bo o tym nie pomyślałem. - mruknął zdradzając, że z myślenie zdecydowanie nie jest jego mocną stroną. -  Jakieś propozycje?
   – Zamiana z Akim~! – Poinformował go Tsuzuku, odpinając łańcuch od obroży zwierzęco-uszatego wokalisty.
        Po krótkiej szarpaninie, Ryoga został przywiązany do grzejnika, a Aki płochliwie przemieszczał się z kąta w kąt, jak krwiożerczy pies, który po raz pierwszy wkroczył na obcy teren i nie wie, jak ma się zachować. Mejibrayowy krzykacz tańczył z ukochanym blenderem, jeszcze bardziej mieląc szczątki kota w jego wnętrzu. Z braku lepszego pomysłu, Minpha grzebał chwilę w swoim małym plecaku, wyciągnął lusterko i zestaw do makijażu. Domalował sobie brodę.          Stwierdził, że wygląda strasznie. Z jeszcze większym przerażeniem odkrył, że do wykonania tego makijażu użył wodoodpornych, a nawet łzoodpornych kosmetyków. Teraz już wiedział, jak czuje się ktoś, kto przez przypadek został różowowłosą Conchitą Wurst.
    Z tej całej rozpaczy zasnął na krześle obrotowym.
                                                                    *
          Minpha otworzył oczy. Z drgań, warkotu  i znikających za szybą budynków wydedukował, że jest w samochodzie, aż dziw bierze, że nie zażądał z tego powodu dyplomu za spostrzegawczość. Na miejscu kierowcy dostrzegł Yuukiego.
    – Tatooo – wypaplał cicho – gdzie jedziemy?
    Yuuki spuścił na moment oczy z drogi i odwrócił się do niego.
     – Do wujka Karmy.
     Te słowa natychmiast go orzeźwiły. Nie tyle, co nie lubił brata swojego taty, tylko raczej się go bał z niezrozumiałych przyczyn. Może to była wina jakiejś aury...
    – A właśnie... – Tym razem Yuuki się nie odwracał. – Wujek Tsuzuku domalował ci tę brodę, kiedy spałeś?
   – Nie...
   Kierowca westchnął ciężko.
   – Chłopcze, weź się lepiej zdecyduj. Albo spódniczki, albo brody. Przecież nie możesz wystąpić na Eurowizji, skoro z Azji jesteś.
       Minpha kiwnął smutno głową.
          – Aha, masz sałatkę od wujka. – Yuuki wskazał na plecak leżący na kolanach syna.
   Młody basista posłusznie wyjął plastikowe pudełko. Uśmiechnął się promiennie.
      – A wieesz, że jeeest z koteem? – zapytał, radośnie przeciągając sylaby.
      – Olaboga...! Wyrzuć to przez okno!
      Pudełko wyfrunęło uderzając w przypadkową ścianę. Wieczko odczepiło się, a zawartość została rozsypana na chodniku. Ten rażący akt śmiecenia przyczynił się do wzrostu poziomu kanibalizmu wśród nieświadomych, bezdomnych kotów.
     – Wiedziałem, że ten człowiek nie jest normalny... – mruczał wstrząśnięty Yuuki.
Dalsza droga upłynęła w gęstym milczeniu wlewającym się w uszy.
                                                            *
   Po okołu czterdziestu minutach, Yuuki w bardzo troskliwym geście chwycił Minphę za kołnierz i  wyciągnął z samochodu.
       Budynek składający się na pierwszy rzut oka z głównie blachy stał na małej polanie w środku lasu.  Kamień leżący na lewo od  drewnianych drzwi, z których wystawały gwoździe, informował, iż mieszkaniec nie życzy sobie tu cebuli.
    Yuuki podniósł młotek pozostawiony na kamieniu i za pomocą narzędzia zapukał do drzwi.
      Drzwi otworzyły się lekko, a zza nich został wystawiony ozdobny wachlarz.
      
   –  Powiedz wierszyk - zażądał trzymający ozdobę.
        –  Gdy gwiazdkę z nieba chcesz, dzwoń pod sześć - sześć - sześć!    –  Nim Yuuki zdążył otworzyć usta, Minpha stanął pod drzwiami i wyrecytował coś, czego teoretycznie powinien nauczyć się z przedszkola. 
Zamiast chóralnego ,,olaboga!'' słychać było tylko jedno cierpiętnicze ,,olaboga'' i klaskanie zza drzwi, które po sekundzie zostały otworzone na oścież.  Stało w nich coś, co przypominało Minphie lustrzane odbicie jego taty.
        
   –  Już podoba mi się ten dzieciak.    –  oświadczyło z uśmiechem, w zadumie przykładając dłoń do ust.            Minpha zadrżał lekko, jak każdy, kto zauważa, że jego niania za wachlarzem chowa nóż nie wyglądający do końca na kuchenny.

środa, 12 sierpnia 2015

Jeszcze tu wrócę!

Saggie zawiesza bloga na jakiś czas.
Wróci jak zamknie swoja Wenę w piwnicy.
Ma rozpoczęte wszystkie możliwe mini serie i rozdział każdy urywa się po 600 słowach, podejrzewa, że to jakaś klątwa...
Ale za to wpadła na pomysł na nową opowieść, hardkorową, zalatującą BDSM, sadyzmem, ANGST'em, bólem dupy, cierpieniem, niewolnictwem, science fiction i złem ogólnym.
Z własnymi postaciami.
Na innym blogu, może klątwa tam minie...
A oto i on
Jak się ogarnie i przepisze z zeszytu pierwszy rozdział, to coś się tam zacznie dziać.
Aga, dziękuję, że Tobie się zawsze wszystko podoba. XDDD
~Do widzenia~
*macha dziko łapką*

wtorek, 14 lipca 2015

Smoczy syn kotem?! I

[ PODANY MATERIAŁ TO ZAPYCHACZ, BO GENIALNA SAGGIE, TERAZ MA FAZĘ NA SKYRIM'A I BĘDZIE MALTRETOWAĆ POSTACIE W ŚWIECIE GRY, HEHE. DO TEGO WŁASNE POSTACIE, #TAKA #KREATYWNA I UTKNĘŁA PISZĄC PORĘ NA NCBL II (/<) ]





       Nagła chęć zwiedzenia świata i przygód.  Ciekawość. Coś, co potrafiło ruszyć z miejsca nawet
najbardziej leniwego kotołaka, którego rasa powszechnie była powszechnie znana jako  ,,khajiit''.    
Stwór, przypominający obrośniętego sierścią człowieka, o kocim pysku i ogonie, podjął się szalonej decyzji opuszczenia swojej rodzimej pustyni Elsweyr, by szukać szczęścia w odległej krainie wiecznej zimy - Skyrim, zamieszkanej przez najbardziej nieufną i nietolerancyjną rasę - nordów.
    Jednak, czy łatwo było dostać się do tego miejsca?
 Z jednej strony, można powiedzieć, że tak, skoro był wieziony konnym wozem prosto jednego z miast kraju.
Minusem był przykry fakt, że jechał na ścięcie.
Opowieść dopiero się zaczyna, a bohater już ma umierać?
Radisha - bo tak brzmiało jego imię - przeklinał swój plan, mając na uwadze, że gdy stukot końskich kopyt ucichnie, czeka go nieunikniona śmierć. Niestety, wystarczyła jego obecność przy spiskowcach, by został oskarżony o to samo, co oni.
 Gdy dotarł wraz z grupką osób posądzonych o spisek przeciwko ówczesnemu władcy, na miejsce egzekucji, już czul topór na swojej szyi...rozległ się ogłuszający huk, a ziemia zatrzęsła się zabranym pod nogami.
Ogromny gad przysiadł na pokrytym strzechą dachu, jednego z szarawych budynków, którymi otoczony był plac. Z nozdrzy bestii wydobył się dym, po czym ryknęła a z pyska wypuściła płomienie, paląc wszystko, co było na jej drodze. Ludzie zaczęli uciekać w popłochu, strażnicy zostawili skazańców i ruszyli na smoka. Zwierz w furii, rozdrażniony strzałami odbijającymi się od jego lśniących czarnych łusek,  zaczął krążyć nad miasteczkiem, co chwilę wypuszczając snopy iskier. Ogonem niszczył zabudowania, przemieniając tętniące życiem miasteczko, co prawda, posiadające osobliwy plac, w ruinę. Serce Radishy waliło jak oszalałe, a twarz wykrzywiała się pod wpływem panicznego lęku. Leżał wśród cegieł, sparaliżowany, słysząc rozpaczliwe krzyki i będąc co chwila przydeptywanym, przez innych, którzy najwyraźniej uznali go za zwłoki, po których można bez przeszkód stąpać. Jego ręce cały czas były związane liną do tyłu.
Podnieś się, przeżyj, wstań... dasz radę, to nie tak miało się skończyć - powtarzał sobie i uniósł ostrożnie głowę, z trudem próbując wygrzebać się spod gruzu, zaczął wzywać pomocy.
Czyjaś dłoń podniosła go do góry za poszarpane ubranie.
Spojrzał krótko na swego wybawcę, którym okazała się być  elfka, sądząc po kształcie uszu, z jego ust usłyszała jedynie ciche ,,dziękuję'',  Radisha chciał uciekać, biec przed siebie, byle jak najdalej stąd. Ale elfka mu na to nie zamierzała pozwolić. Jest ze straży? - ta myśl zmroziła khajiitowi krew w żyłach - jeśli tak; zabije mnie, miałem być dziś ścięty, co z tego, że nie miałem nic wspólnego z tymi typami, a tym bardziej nie wiedziałem kim jest ten jarl, cokolwiek to znaczy... 
     - Vuth! - usłyszał stanowczy rozkaz zatrzymania się z jej strony - Nie czekając aż ten się łaskawie zatrzyma, chwyciła go za ramię - Zu'u fen govey hi - wyjaśniła z uśmiechem, nie zważając na to, że dookoła dalej trwa pojedynek straży ze smokiem. Zrozumiał, uczył się języka dovahzul, którym posługiwali się mieszkańcy Skyrim. Dziewczyna nie miała złych zamiarów, chciała go rozwiązać, by ten nie musiał ratować swojego życia, mając skrępowane ręce. Poczuł jak liny puszczają, a do nadgarstków na nowo dopływa odpowiednia ilość krwi.
 - Nox hi, pruzah sil - skłonił się dziewce, dziękując i nazywając ją ,,dobrą duszą''.
        Ruszył pędem przed siebie, w stronę majaczących zarysów większego miasta, licząc, że gdy tam dojdzie, nie zastanie go spustoszonego przez latające bestie, które do tej pory wydawały mu się być tylko bajką.









     

niedziela, 21 czerwca 2015

Bawełna [Meto x Ruana-chan]

Ostrzeżenia: Meto i jego przemyślenia na temat zespołowego misia. Dziwność, ogólny brak myślenia, przypadki perkusisty, sama nie wiem jak to nazwać, heh i ,,jedyny słuszny paring z wykorzystaniem Meto'' XD



Na początku Cię nie lubiłem.
Byłeś zbędny - przeszkadzałeś mi.
Musiałem wszędzie nosić Twój pluszowy, książęcy tyłek.
Jakby dwa kilo pudru i lakieru na włosach nie było dla mnie wystarczającym balastem.
A to ja miałem być maskotką.
Nie Ty.

Pamiętam dzień, w którym się pojawiłeś.
Prosto od jakiegoś krawca, na zamówienie. Tsuzuku przyniósł Cię do mnie w papierowej torbie.
Była do Ciebie dołączona instrukcja.
,,Prać ręcznie''
Dobre sobie - pomyślałem i bez zastanowienia wrzuciłem Cię do pralki, bo przez towarzystwo wokalisty przesiąknąłeś nieprzyjemnym zapachem.
Nie miałem nic do roboty, więc patrzyłem jak wirujesz w urządzeniu.
Po chwili łapka oderwała się od Ciebie, a ja tępo obserwowałem plusz unoszący się w wodzie.
Szybko zatrzymałem program i Cię wyjąłem.
Przystąpiłem również do szukania Twojej kończyny w pralkowych czeluściach.
Zrobiło się w Tobie trochę dziur.
Przeraziłem się. Czy zawsze muszę wszystko zepsuć? Cokolwiek by to nie było?  Wszyscy się znowu będą patrzeć na mnie z politowaniem i kolejny raz usłyszę standardowe ,,Meto, naprawdę?''.
Zacząłem się rozwodzić nad własną głupotą, chyba nic by mi się nie stało, gdybym wyprał Cię ręcznie.  Pozostało mi naprawić szkody.
Wygrzebałem resztki pluszu i położyłem Cię na oknie, czekając aż wyschniesz.
Te luki w futerku nie wyglądały dobrze,  Postanowiłem naszyć na nie kolorowe łatki, pod pretekstem przyozdobienia Cię. I tym sposobem na moich ręcznikach i pościeli pojawiło się kilka tajemniczych kwadratowych dziur.
Oderwaną łapkę też przyszyłem, przy okazji przebijając sobie opuszek palca igłą.
Jeszcze tylko tego brakowało, żebym ubrudził Cię krwią.

Nie wygryzłeś mnie z funkcji maskotki.
Może tylko odrobinę.
Ja dalej pozostałem masochistyczna lalką walącą w perkusję.
Podobno w zespołach perkusiści są tylko po to, żeby taszczyć graty i żeby basista miał z kim porozmawiać na koncercie.
A w Mejibray jest trochę inaczej.
Perkusista prawie nigdy się nie odzywa,
Ale za to rozmawia z misiem. Fani wybrali Ci imię, wiesz?
Od teraz jesteś Ruaną-chanem.
Podoba mi się Twoje nowe imię.

Nawet trochę Cię lubię.
Ostatnio Koichi zamówił jakiś średnio zjadliwy wynalazek z pobliskiej pizzerni.
Uparłem się, żebyś siedział mi na kolanach.
Nawet MiA patrzył na mnie wzrokiem rodzica, który zastanawia się, po co jego dziecku ulubiona zabawka przy obiedzie.
Nawet nie wiem jak, ketchup znalazł się na Twojej głowie.
Pewnie z mojej winy. Jak zwykle.
Czym prędzej pobiegłem Cię wyprać.
Po chwili w drzwiach stał zniecierpliwiony Tsuzu.
- Ile można prać misia? - spytał i odsunął mnie od miski z wodą - Wracaj do jedzenia, a potem się tym zajmiesz. - polecił.
Ale nie mogłem Cię zostawić w takim stanie.
- Dobra, już ja to zrobię - mruknął, widząc moją zapewne przestraszoną minę.
Po prostu zanużył Cię całego w wodzie! Do góry nogami! Zamiast na mycie - wyglądało mi to bardziej na topienie! Spojrzałem na niego oburzony i zwróciłem mu na to uwagę.
Po jego wyrazie twarzy mogłem stwierdzić, ze za chwilę powie coś w rodzaju ,,Z kim ja muszę pracować...'', ale jednak tego nie zrobił, tylko mi Cię wręczył bez słowa.
- To miś, zwykły miś, Meto, nie wariuj... - przewrócił oczami
- Ale ja go lubię! Sam mi kazałeś - prychnąłem niczym wściekły kot.
- Bo nosiłeś go  miną, jakbyś niósł co najmniej...- urwał szukając odpowiedniego porównania - krowi placek w kształcie pluszaka! Zdawałeś się nienawidzić tej maskotki, jakby wisiała nad nią klątwa - wyrzucił z siebie. Huh, aż tak dziwnie się zachowywałem?... - A teraz się z nim obchodzisz jak z bynajmniej żywą istotą.
Nie jesteś żywy, ale jesteś Ruaną i to mi wystarczy.
Bo polubiłem Cię jednak bardziej niż ,,trochę''.

Zauważyłem, że jesteś miękki.
Przydałeś się w trasie -  byłeś świętną poduszką.
Ale mimo to, bardzo wszystkich przeraziłeś, kiedy podczas wywiadu poszedłeś na spacer.
Sprawiłeś, że zazwyczaj spokojny MiA biegał po autobusie z rękami w powietrzu i piszczał : ,,Nie ma Ruany! Misiek nam zaginął!''
A tym czasem schowałeś się w krzakach i opychałeś się żelkami, które pewnie zwinąłeś Koichiemu. Nieładnie! A menadżer Cię bronił - według niego zbliżający koncert Cię zestresował, a wszyscy latali wte i wewte, więc miałeś prawo na chwilę nam uciec.
Ciekawe co by zrobili, gdyby mnie znaleźli w zaroślach z paczką żelków.
Znając życie, by się zdenerwowali i zrobiliby mi godzinny wykład o szkodliwości spożywania cukierków przed koncertami.
Ale Ty jesteś misiem. A ja maskotką.
Niby nie ma różnicy, ale jednak jest.
Misiom - jak kotom - wszystko zawsze uchodzi płazem, bo są tak bardzo kawaii
Maskotkom - niekoniecznie, bo nie zawsze są urocze.
Dziękuję, że byłeś dobrą alternatywą dla poduszki i się znalazłeś.

Patrząc na poprzednie wpisy, zauważyłem, że potrafię myśleć kursywą, jeżeli bardzo chcę.
Tylko, jak to powiedział pewien mądry pisarz* - ,,Takich ludzi należy bacznie obserwować.
Najlepiej z bezpiecznej odległości''.  
Przy tym cytacie najlepiej widać tą moją umiejętność.
Jestem wyjątkowy~!
A, nie. Tylko mi się wydawało.
Niestety, osoby, które nawet mogą nie wiedzieć, że potrafię myśleć w taki sposób, wolą obserwować mnie z bezpiecznej odległości.
Trochę mnie to martwi.
Na szczęście mam Ciebie.
A Ty zawsze ze spokojem mnie wysłuchasz.
I nigdy nie przerwiesz mojej opowieści ani mnie nie wyśmiejesz.
Szkoda, że nie znam takich ludzi.
Teoretycznie mógłbym, gdybym tylko pozaszywał usta osóbkom z mojego otoczenia.
A następnie wypchał pluszem.
Obrzydliwy pomysł, prawda?
Ale wiem, że Ty go na pewno nie skrytykujesz.

Zacząłem dostawać bardzo mądre rady jak się nie zabić od Mii.
Przepraszam, za to kiedy przez przypadek wbiłem w Ciebie nóż.
A MiA ostrzegał: ,,Z nożem się nie biega!''.
No cóż...tak wyszło. Mordercze narzędzie zakończyło swój lot przez pokój na Twoim brzuchu.
Choć w sumie, to dobrze, że na Tobie, a nie na kimś, kto miał nieszczęście znajdować się w pobliżu moich kulinarnych harców.
Koichi również zaczął otrzymywać darmowe porady od gitarzysty.
Nie stosował się do nich, co poskutkowało, że dostał dożywotni zakaz korzystania ze schodów.
Nawet ja wiem, że pokonywanie schodów z prędkością światła  (jakby były jakimś osobistym wrogiem) , na dodatek na szpilkach, nie jest zbyt rozsądne. Ale różowowłosy o tym nie wiedział.
Gdyby się wywalił, na tych wyjątkowo krętych schodkach, pewnie stracilibyśmy basistę.
W sumie... ja nie potrzebuje Koichiego.
No dobra, czasami się przydawał  - jako tłumacz mojego bełkotu.
Ale...
...Mam Ciebie.
Wyglądasz w sukienkach równie dobrze, co Koichi w sukni ślubnej.
W klatce też się ładnie prezentujesz.
Chyba nawet lepiej ode mnie.

Dokonałem wstrząsającego odkrycia.
Z całego zespołu lubię najbardziej Ciebie.
Pluszowego misia.
Reszta mogłaby nie istnieć.
Masz same zalety
Jesteś miękki, małomówny, uroczy, nieduży, lekki, poręczny, mogę Cię wszędzie ze sobą zabrać, dzięki Tobie nie wyglądam momentami tak strasznie, masz fajne łapki.
I świetny zameczek przy karku, dzięki któremu można Cię ,,otworzyć'' i ukryć w Tobie słodycze.
Albo pałeczki.
Szkoda, że cała perkusja się w nie zmieści.
 Wiem, że żadne wyznanie w żaden sposób nie poruszy Twojego bawełnianego serduszka.
Ale mimo to...
Kocham Cię, Ruana.






piątek, 12 czerwca 2015

Pora na Nocturnal Bloodlust I




A zaczęło się tak niewinnie. Cały zespół siedział  na podłodze w przeuroczym pięciokącie, który miał być na początku kołem, ale pięć osób się zbuntowało, więc nie wyszło. Za to Masa wykazał się inicjatywą i zrobił curry. Oznajmił, że to Popisowe Curry i uśmiechnął się dość szczególny sposób, można by rzec, że wręcz podejrzany.
Ale oczywiście, prawie nikt niczego nie podejrzewał.
Bo jak można podejrzewać tak ślicznie wyglądającą osobę jak Masa o niecne plany?
No właśnie. Odpowiedź nasuwa się sama.
Niedoszły tybetański mnich i morderca - Hiro.
Wokalista mierzył danie nieufnym spojrzeniem, spod swych starannie wyregulowanych czarnych brwi.
Okalający  wszystkich szmer przerwała  zaintonowana przez Księcia Mroku  złowieszczo brzmiąca mantra (jakaś tybetańska modlitwa, podczas której ludek wydaje dźwięk w stylu ,,ooommmm...~'' xD od. aut.)
- No co? - spojrzał na resztę z niezrozumieniem w oczach - Modlę się, żebyśmy przeżyli ten posiłek.
Masa zachichotał nerwowo.
Hiro wzruszył ramionami i zaczął jeść swoją porcję.
Gdyby tylko wiedział jak to może się skończyć...
Cazqui, Natsu i Daichi  również nie mieli o tym pojęcia.
Tylko Masa z miną geniusza zła, który właśnie ogląda koniec świata,  w skupieniu obserwował ich poczynania.
Jego cel został osiągnięty - towarzysze niknęli w oczach.
Wybuchnął szaleńczym śmiechem, widząc ich przerażone miny.
 *
Dwóch wioślarzy i perkusista zaliczyli niezbyt przyjemne lądowanie na ogromnym kapeluszu grzyba. Grzyba Nienaturalnych Rozmiarów. Z rosnącym niepokojem zastanawiali się, co się stało z ich ubraniami, bez obaw, nadal mieli je na sobie, lecz ,,lekko'' odmienione.
Cazqui podrapał się po podbródku.
Poczuł pod palcami gęste, długie włosy, jakby tego było mało - białe.  Stwierdził, że ochotę porwać jakąś księżniczkę. Spojrzał wstrząśnięty na Daichiego, który miał na sobie niebieski T-shirt, granatowe krótkie spodenki, zrolowane skarpetki, czarne buty i zielony plecak, a na głowie ,,czadową" białą czapkę z uszkami.
Natsu rozejrzał się dookoła i poprawił złotą koronę, zsuwającą mu się na czoło. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Kwiaty równie przerośnięte co Grzyby się uśmiechają.
Wtedy zauważyli, że przez łąkę z uśmiechem na twarzy w ich kierunku, w radosnych podskokach biegnie Masa. Coś do nich krzyczał, ale z powodu dzielącej ich odległości nie bardzo wiedzieli co. Był ubrany z żółty kostium z kapturem, a jego nogi zdawały się wydłużać podczas chodu.  Jego strój mógł kojarzyć się z instant-cosplayem Jake'a z ,,Adventure Time'' i słusznie.
-Taaak! Mój podstępny plan wypalił! - zaniósł się szatańskim śmiechem.
Spojrzeli na niego jak na wariata, którym zresztą był.
- Z dodatkiem czego zrobiłeś to curry? Grzybków halucynków? - perkusista rzucił mu mordercze spojrzenie.
- To było Curry, które przenosi w Czasie i Przestrzeni - odparł Masa z dumą - Pracowałem nad nim dokładnie 666 godzin - dodał.
Natsu przybił piątkę ze swoim czołem, brzdąkając dzwoneczkami, które miał przymocowane do bransoletki. Spojrzał zdegustowany na swój nadgarstek.
- I wyjaśnij nam, co to ma wszystko znaczyć, ty Szalony Naukowcu - wskazał na Finnowy strój Daichiego,  Cazqui'a bez makijażu, wyglądającego jak Lodowy Król i siebie, w sukience, która zdawała się być zdarta z Królewny Balonowej.
- Witam w Krainie, W Której Wszystko Jest Możliwe - basista się ukłonił.
-Długa nazwa - skomentował Daichi-Finn.
- Inne domeny były już zajęte - mruknął Masa, wywracając oczami.
- Aha - podsumował Cazqui - A właśnie...nie macie wrażenia, że coś jest nie tak?
- Jest jakoś zbyt cicho...- zaczął Natsu.
Cała trójka, nie licząc Masy, który miał już wszystko dokładnie zaplanowane, drgnęła, gdy uświadomiła sobie przerażające fakty.
- Brakuje Hiro! - wykrzyknął Daichi, upodabniając się swoją pozą i miną do postaci z obrazu ,,Krzyk'' Edvarda Muncha.
Byli zgubieni. Bez wokalisty, który swym rykiem mógł odgonić od siebie lwa w dżungli, zbyt długo tu nie przeżyją.  Chyba, że go odnajdą, ale na razie byli zdani tylko na siebie i na łaskę Masy.
Tak, poszukiwania trzeba zacząć od gruntownego przepytania basisty.

~~~
Tak oto z dumą prezentuję Ci pierwszy rozdział chorych przygód Nocturnal Bloodlust w Kranie, W Której Wszystko Jest Możliwe. Wiem, że strasznie krótkie, ale kolejna notka będzie już dłuższa. ^^
Jako, że zanim cokolwiek napiszę i opublikuję, daję to do ,,kontroli merytorycznej'', czyli najpierw ocenia to mój tata. 
Przeczytał wstęp. Uśmiechnął się, ściągnął groźnie brwi i mówi:
,,Ja Ci dam przeurocze pięciokąty!'' 
Hehe, że też nie pomyślałam jak to może zabrzmieć.
Ale to zgodne z prawdą mojej wizji, gdyż zamiast koła, utworzyli skomplikowaną figurę ge(j)ometryczną.
A najśmieszniejsze jest to, że tata (którego zawsze uważałam za ultra-normalnego xd) wyłapuje podteksty w moich bajkach, no nieźle...XD






























sobota, 6 czerwca 2015

Post o postach.

Hejoooo~!
Yaay, postanowiłam, że posty ,,bajkowo-seriowo-one-shotowe-i-shitowe'' będą pojawiać się najwcześniej w piątki, najpóźniej w niedzielę. Czyli zazwyczaj w soboty.
#Fuck Logic I'm Saggie.
Bo tydzień, to dla mnie wystarczająco dużo czasu, żeby sprowadzić Maddie z wakacji i zamknąć w piwnicy~. Maddie to imię mojej Weny, hehe. No i oczywiście poskładać miliard pomysłów jakąś w miarę normalną i zrozumiałą historię.
A w między czasie mogą pojawiać się jakieś niezbyt ciekawe posty, takie jak ten lub takie w których autorka pochwali się okładką do opowiadania, bądź zacznie narzekać na życie.
Albo napisze coś o sobie, kiedy już tylko skompletuje zestaw pytań i na nie odpowie.
A tu masz mojego aska: http://ask.fm/SantangeloShinigami
Proszę, pytaj o co chcesz, nie gryzę. ;3
I pierwszy rozdział o Nocturnal Bloodlust i ich dzikich przygodach jest już pisany.
Edit:
Już został napisany, a publikacja w piątek. ;3


Ah, Meto taki śliczny ;w;











piątek, 5 czerwca 2015

Kolejne Wcielenie I

W głębi ciemniej uliczki, najmroczniejszej dzielnicy, z której zionęło rozpaczą i gnijącym jedzeniem,
słychać było ciche wzywanie pomocy.
Dwie czarne postacie pochylały się nad  nieszczęśnikiem leżącym między kubłami na śmieci.
Wykrwawiające się stworzenie czekało na swój koniec.
- Tsuzu, nie rób jej tego - szepnął jeden z Oprawców do swego towarzysza.
Istotka podniosła na Niego nieprzytomny wzrok. Czuła, jak koścista dłoń Śmierci  gładzi jej pyszczek, jej cierpienia za moment się skończą.
Czarny kot wykonał gwałtowny ruch łapą, jego pazury rozpruły szyję myszy. Spojrzał na nią z pogardą, po czym przeniósł wzrok na kota obok.
- Dlaczego? - spytał liżąc brudną od mysiej krwi kończynę.
- Nie pomyślałeś, że to nie ma sensu? Nie jesteś głodny, zabiłeś ją dla zabawy, to okrutne...
Koci morderca prychnął i przechylił łepek, słysząc jego słowa.
-Myślenie? Koty nie muszą myśleć. Wystarczy, że wiedzą, czego chcą.  Ja chciałem mieć tylko zabawkę, Myślenie jest sprawą ludzi - odpowiedział tonem znawcy.
- To nie zmienia faktu, że jesteś okrutny - burknął
- Eh, Meto, przyznaj, że sam tak robisz. Każdy kot jest bezlitosnym zabójcą, który chce tylko się pobawić kosztem Ofiary. Taka jest już nasza natura - oświadczył.
- Taaa...widzę, że ktoś tu studiował filozofię na Kocim Uniwersytecie - ziewnął i  z gracją się przeciągnął.
Zaczęło świtać, słońce oświetliło sylwetkę kota, ukazując światłu dziennemu jego niebiesko-fioletowe futerko, w paru miejscach białe. Na jego udzie widniało  nieudolnie wygolone serduszko, jak symbole na Kucykach.
- Stary, co ci się stało? - kocur spojrzał zaskoczony na jego futro, pamiętał, że w ostatnim tygodniu było białe.
- To nie tak jak myślisz.. - zaczął.
- Dzieciaki w okolicy  grały w paintball'a? Byłeś żywą tarczą? - Tsuzuku spojrzał na niego ze współczuciem.
- Nie! - poruszył zdenerwowany ogonem - Wiesz...moja pani,,znaczy: Ręka-Która-Karmi-A-Czasami-Uderzy - szybko się poprawił -  bawi się w fryzjera, a wiesz...jej tata jest malarzem, ma dużo farb, czasami mawia, że ma pędzle z kocim włosiem...bo Satako, czyli Ręka, sobie bierze te farby i mnie maluje - wymiałczał niechętnie, ale w końcu musiał ratować swoją Kocią Dumę i udowodnić przyjacielowi, że nie był celem ataków dziecięcych gangów.
- Straszne...Dlaczego od niej nie uciekłeś?
Zamyślił się. Meto był doświadczonym i poturbowanym przez Los kotem, wielokrotnie bliżej poznawał koła różnych pojazdów i podeszwy Złych Ludzi, znał wszystkie bezdomne koty w mieście, większość czasu spędzał na ulicy, ale kiedy zgłodniał zawsze wracał do domu. W końcu mięsne kąski w galaretce były lepsze od śmieci jakie walały się po mieście.
Dla owego pokarmu, był gotów znieść wszelkie pomysły swej dziewięcioletniej pani.
- Bo ta Ręka karmi, nazwa wskazuje. Modlę się, żeby Satako nie postanowiła bawić się w kosmetyczkę i robinie piercingu- odpowiedział.
-  Aha..a właśnie! A'propos modlitw, widzę, że  wysłuchano moich! -Tzk wskazał nosem na wielkie glany, leżące parę metrów dalej. Dostojnym krokiem ruszył w kierunku obuwia, Meto za nim, nie mając zielonego pojęcia o co chodzi. Po chwili zrozumiał. Odór unoszący się nad butem, brutalnie wdarł się do jego nozdrzy, powodując, że kolorowemu kotu zakręciło się głowie. Zakołysał się niebezpiecznie.  Z przerażeniem zauważył, że jego czarny jak smoła kolega (proszę nie brać tego za coś rasistowskiego) do niego włazi i tyle go widzieli. Ale nie, jednak, po chwili z głośnym, piskliwym odgłosem, który usłyszało całe osiedle, Tsuzuku wyskoczył z buta.
- Szkło! - wypiszczał
- Co? - Meto usiadł z wrażenia.
- Szkło, głuchy jesteś?! - tym razem wyskrzeczał równie głośno.
- Aha i co z nim?
- Zaatakowało mnie! W BIAŁY dzień! Mnie,  CZARNEGO kota!
- To rasizm, prawda? - spojrzał na niego poważnym wzrokiem.
- Dokładnie - przytaknął, a właściwie warknął Tzk.
- Ej, masz coś z głosem, nie wydaje ci się?
- Ja mam coś z głosem? Niby co? -  zapytał charcząc, jego źrenice zwężyły się podejrzliwie.
- No...taki...inny. - ,,Czyżby mutacja?''- już chciał o to spytać, ale w porę ugryzł się w jezyk. - No, wiesz, taki  do growlingu, skrzeczenia i w ogóle, wiesz?
,,I w ogóle'' - wyraża więcej niż tysiąc słów...
Tsuzuku doznał olśnienia.
-Mam pomysł. Epicki pomysł. Serio. Meto, założymy zespół, grający Kocią Muzykę - poinformował przyjaciela.
Tak, naprawdę myślał, że termin ,,kocia muzyka'' oznacza jakiś gatunek.
Gatunek, do którego jego głos będzie idealnie pasował.
I będą kreatywni, tak kreatywni, że przez swoją oryginalność, będą wyglądać jak każdy zespół visual kei, czyli identycznie.  Ale pierwszy KOCI zespół.
Teraz pozostało im jedynie wyszukać najdziwniejsze koty w okolicy.
Biorąc pod uwagę, że Ofiara Przemocy Fryzjerskiej wszystkich zna, nie będzie to trudne zadanie.

~~~









czwartek, 4 czerwca 2015

Reporter Juuzou, czyli j-rock historia prawdziwa


Zapowiadał się piękny dzień!
Słońce było już wysoko na niebie, kiedy wpadł mi do głowy plan na dziś.
I tak ja, Wasz nieustraszony reporter – Juuzou i mój równie nieustraszony kamerzysta – Hizaki,
wyruszyłem na zatłoczone ulice, by nagrać reportaż, który wstrząśnie krajem!

Przyszedł czas na poszukiwanie ,,ofiar”!
Wybraliśmy się do XX dzielnicy i wielkim tłumie natychmiast zauważyliśmy dwie, bardzo wyróżniające się postacie.
Pierwsza – dość ekscentrycznie ubrany chłopak, w czarnym cylindrze, o długich, kręconych rudych włosach i małych przeciwsłonecznych okularach, wyglądających jakby były przyklejone do czubka
jego nosa.
Czy kojarzycie już, kim był ów mężczyzna?
Nie, to nie Szalony Kapelusznik, ani amerykański gitarzysta Slash, lecz Satoshi
z zespołu ,,Lycaon”!
Mimo to, bardzo możliwe, że stylem ubierania, wzorował się na tych osobach.
Lecz co z drugą postacią wyłowioną przez nas z tłumu?
Po dłuższej obserwacji, wraz z Hizakim stwierdziłem, że również chłopak.
A jak się prezentował?
Miał długie, proste różowe włosy i w przeciwieństwie do swego towarzysza – Satoshiego, z którym prowadził właśnie ożywioną rozmowę, jego oczy zasłaniały duże okulary przeciwsłoneczne.
Nietrudno się domyślić, że był to wokalista ,,Lycaon'u”- Yuuki.
Teraz nadszedł czas na rozpoczęcie obserwacji, by w decydującym momencie wkroczyć do akcji!
A co jeszcze w programie? Spotkamy się z wokalistą deathmetalowego zespołu ,,Nocturnal Bloodlust” oraz odpowiemy na pytanie dręczące od tysiącleci filozofów i fanki.
Czy Reita z ,,The GazettE” ma nos?
Jakie sekrety skrywa jego opaska, którą ma owiniętą ów część twarzy?
Czy może jest po prostu zły i niczym wielu czarnych charakterów, takich jak Voldemort i Davy Jones, nie zasłużył na taki zaszczyt jak posiadanie nosa?
To już wkrótce, a my kontynuujemy śledzenie ,,celów”.
Lecz, o zgrozo! Yuuki zaczął się przemieszczać w dość szybkim tempie i co gorsze, w naszym kierunku!
Czyżby jego uwagę przyciągnęła nasza ogromna, różowa, niezwykle profesjonalna kamera, z logiem ,,Hello Kitty”?
Czy może strój kamerzysty, która raczej nie wiedział, czym jest kamuflaż i ubrał coś w rodzaju połączenia tradycyjnego kimona z wiktoriańską sukienką?
Wolę już w to nie wnikać.
,,Cel” próbował nawiązać kontakt wzrokowy z Hizakim.
Fan kimon, trzymający kamerę, natychmiast się za mną schował, piszcząc, że nasz cały, perfidny, dziennikarski plan poszedł na marne i że chce się schować w krzakach.
Niestety, na próżno szukać zarośli w tej stolicy betonu.
––Hizaki, udajemy, że nas tu nie ma.–– szepnąłem kamerzyście.
––Czyli po prostu uciekamy?––spytał.
––Dokładnie!––klasnąłem w dłonie, ciesząc się, że zaczął rozumieć.
To w końcu lepszy pomysł niż próby ukrycia się w wyimaginowanych przez niego krzakach.
Plan od razu wcieliliśmy w życie. Odkrywanie sekretów ,,Lycaon'u” odłożyliśmy na potem.
Teraz pozostało nam przeprowadzić wywiad z Hiro.
Był tylko jeden, mały, mierzący dokładnie 160 cm wzrostu problem – Hizaki.
Kamerzystę przerażała już sama nazwa zespołu, a co dopiero wokalista.
I dlatego ja, nieustraszony Juuzou, zdementuję wszystkie plotki z nim związane.
*

Szliśmy w kierunku domu Hiro.
Ku przerażaniu kamerzysty, ,,Książę Mordoru” (jak go nazywał), postanowił ugościć nas u siebie.
Hizaki był przekonany, że trafimy do jakiegoś mrocznego, gotyckiego zamku za miastem i prawdopodobnie, już nigdy z niego nie wrócimy.
Tymczasem staliśmy pod całkowicie zwyczajnie wyglądającym blokiem.
Pozostało wstukać numer, który podano mi wcześniej.
––Założę się, że mieszka pod numerem 4 albo 13––mruknął Hizaki. Był ubrany już inaczej niż poprzednio, gdyż uznał, że mu się odpowiednio przygotować do wywiadu.
Miał na sobie kolejny wynalazek pewnie wyciągnięty z szafy jego starszej siostry, przypominający habit.
Muszę mu kiedyś powiedzieć, żeby przestał pozyskiwać stamtąd ubrania...
Poza tym, nie zdziwiłbym się, gdyby w torbie z kamerą miał również wodę święconą i różaniec.
Po wpisaniu numeru mieszkania, w którym Hizaki nie mógł doszukać się żadnej mrocznej symboliki, zafundowaliśmy sobie codzienną porcję wysiłku fizycznego w postaci morderczej wspinaczki na trzecie piętro.
Zajęło nam to trochę więcej czasu niż przypuszczałem, bo kamerzysta bardzo powoli pokonywał kolejne schodki i poruszał się z wdziękiem żyrafy na wrotkach.
Hiro nam otworzył, zaprosił gestem do środka i uśmiechnął się chyba najsympatyczniej, jak potrafił, ale trochę nieudolnie, gdyż Hizaki się wzdrygnął.
A zatem, przeszliśmy do wywiadu.
––Hiro, dziś obalimy wszelkie mity z tobą i zespołem.
Pierwsze pytanie. Dlaczego ,,Nocturnal Bloodlust” jest znany także jako ,,Nokubura”?
––Wiele osób nie potrafi poprawnie wymówić tej nazwy, dlatego ją trochę uprościłem––wyjaśnił.
Heh, zadałem głupie pytanie, w końcu połowa angielskich słów, zwłaszcza tych z ,,l” i ,,r” to koszmar dla mieszańców Japonii, a zespół właśnie z niej pochodził.
Wyobraźcie sobie ich miny, kiedy mają powiedzieć ,,rollercoaster''.
––Kolejne pytanie. Posiadasz jakieś małe, urocze zwierzątko?
––Dwa rude, ospałe i opasłe koty.
––Koty?––zdziwiłem się, kto by pomyślał, że Książę Mordoru ma koty?
––Czy te koty to twoje śniadanie?––wtrącił Hizaki lekko ściszając głos.
––Kot na śniadanie? Może wyglądam strasznie, ale w życiu nie zjadłbym kota.––Hiro spojrzał na Hizakiego z wyrzutem
––A czy to prawda, że jesteś królem ,,sweet foci”?––zapytałem z uśmiechem.
––Nie, nie, nie...Ten milion zdjęć w krążących po internecie nie zostało zrobionych z mojej woli!
––Więc z czyjej?
––Menadżera. Stwierdził, że trzeba ,,ocieplić” trochę wizerunek zespołu i kazał mi zrobić te zdjęcia...––machnął ręką.
––Sesja ze stu metrowym papierem toaletowym też była pomysłem menadżera?––dopytywałem dalej się uśmiechając.
––Ah, ta to akurat był mój pomysł––Hiro zachichotał––A właściwie mój i Satoshiego...
––Satoshiego? Z ,,Lycaon'u”?––wiedziałem, że jest mnóstwo osób o imieniu ,,Satoshi”, ale coś zdawało mi się go łączyć z wokalistą ,,Nokubury”. Może to przez kilka łączonych koncertów? Nie wiem, ale na pewno zaraz to wyciągnę z Hiro.
––Tak, tak, z ,,Lycaon'u”––pokiwał głową––Gitarzysta. Jest też moim przyjacielem i często robimy jakieś głupie rzeczy, i wrzucamy to potem do internetu.––dodał z rozbawieniem.
W tym momencie do pokoju, z typowym dla tych zwierząt, wdziękiem i wyższością, wmaszerowały dwa rude, zgodnie z opisem właściciela- opasłe i ospałe koty.
Jeden usadowił się na kolanach Hiro, a drugi usiłował dostać się na czubek głowy właściciela siejąc spustoszenie w jego dobrze rozczesanych, długich czarnych włosach.
––Hizaki, powiedz, że to nagrywasz...––powoli odwróciłem się w stronę blondyna.
––Hęę?––spojrzał na mnie zaskoczony––Nic nie mówiłeś, że mam to nagrywać!––przewrócił oczami.

Jest kamerzystą, więc chyba powinien wiedzieć, co jest jego zadaniem...
Istotnie, kamera dalej spoczywała na dnie różowej torby, o zgrozo, również przyozdobionej motywami ,,Hello Kitty”.
––Jak nazywają się twoje koty?––zwróciłem się do Hiro.
––Oto Nyass––powiedział wskazując na kota mruczącego na kolanach––A to––niezbyt delikatnie zrzucił z siebie zwierzątko próbujące zdobyć szczyt jego głowy––Nyappy––dokończył, a kot poleciał z gracją martwej kałamarnicy, choć nie ulegało wątpliwości, że nadal żył, choć wcale nie zwracał uwagi na otoczenie.
I tak pojawiła się kolejna sceną, mogąca wspaniale wzbogacić reportaż, gdyby tylko ktoś ją nagrał. Mówiąc ,,ktoś”, mam oczywiście na myśli Hizakiego, który dalej grzebał w torbie.
Sądząc po czasie, zapale i najróżniejszych rzeczach, wysypywanych przez chłopaka,
kamera pewnie została w jakimś miejscu.
Jakie to do niego podobne.
Pewnie kiedy przejdziemy do historii, jego imię stanie się synonimem ,,niezdary”.
Albo antonimem ,,człowieka sukcesu”.
Kiedyś wygarnę mu ten fakt widłami.
Nie wiem, dlaczego zrobię to owym narzędziem.
Po prostu.
Bo tak.
Rozmyślania na bezużytecznością kamerzysty musiałem zostawić na potem i wrócić do wywiadu.
Nie żeby mnie to smuciło, wręcz przeciwnie.
Oto czego się dowiedziałem:
-Nie rzuca zazwyczaj swoimi kotami, tylko nie pozwala, by wchodziły mu na głowę.
-Stu metrowy papier toaletowy kupił, bo był w promocji i za namową Satoshiego.
-Chciał zostać tybetańskim mnichem, ale ostatecznie stwierdził, że pomarańczowy to nie jego kolor i nie widzi się z łysą głowa.
-Twierdzi, że perkusista jego zespołu podczas kłótni potrafi się drzeć głośniej niż on na niejednym koncercie.
-Kawa z automatu w studiu nagrań jest robiona z dodatkiem płynu do naczyń lub udrażniania rur.
-Zespół ostatnio nazywał go ,,Księciem Roszpunkiem”.
Lecz absolutnie bezcenne było wszystko, co powiedział nam o Satoshim.
Możliwe, że Hiro wiedział o nim więcej niż on sam.
I tak otrzymaliśmy spis miejsc, w jakich może przebywać gitarzysta, łącznie z godzinami.
Hizaki zaczął nerwowo spoglądać na zegarek. ,,Nie zwracał uwagi, że przedmiot nie działał od kilku lat, twierdził, że takie zerkanie buduje wokół niego aurę niedostępności.
Jakby nieustannie gonił go czas''.

Niestety, ze względu na ograniczenia czasowe, musimy zakończyć tę część reportażu,
a śledzenie Satoshiego i Yuukiego oraz odkrywanie sekretów opaski Reity- w następnym odcinku!


~~~~

Plany ;w;

Tu podzielę się z Tobą moimi planami odnośnie notek na tym blogu.
Kiedy będą się pojawiały nie mam pojęcia, ale postaram się wyrobić sobie jakiś rytm.
Mam plan na razie na dwie serie ,,bajek''.
1. ,,Reporter Juuzou, czyli j-rock historia prawdziwa'' - Część I pojawi się już dziś, ostrzegam, była pisana ,,z obowiązku'' na polski, bo polonistka potrzebowała pretekstu, żeby wstawić mi lepszą ocenę. Pojawia tam się trochę zrzyny z różnych książek i blogów, ale niektóre czytane przeze mnie zdania były tak epickie, że po prostu nie potrafiłam ich nie wykorzystać u siebie.
Więc od razu mówię od kogo ta zrzyna, żeby nie było, że nie szanuję innych, czy coś.
Kilka ,,faktów'' o jednej z postaci pochodzi z doki-iri-no-sekai
I chyba z dwa zdania z jrock-comedy
2.  ,,Kolejne wcielenie''- pomysł na to wpadł mi parę godzin temu i już czuję, jak pierwsza seria blaknie w porównaniu z tą. Tym bardziej, że jest od początku do końca moja, nie licząc osób, które co prawda istnieją, i do mnie nie należą (jeszcze), ale tam występują. Ah, tak opis: Mejibray w bardzo dostojnej formie, stawia czoła brutalnej rzeczywistości slumsów.
3. ,,Ruki i demony psychologii''- Gazettowy wokalista z wizytą u psychologa
4. ,,...if you can, huh?!''- Tej strony Nokubury napewno nie znasz.
W notkach wystąpią panowie z Nocturnal Bloodlust, Lycaon, Mejibray, Versailles i The Gazette.
No, to tyle na teraz.
Dziękuję za uwagę.
Pamiętaj- każdy komentarz cieszy. ;w;

Wypadałoby się przywitać...

Witaj, zbłąkana duszyczko!
Nie, to nie tak jak myślisz,  to nie jest kolejny blog emo-dziecka.
Trafiłeś na coś o wiele gorszego.
To blog rozpieszczonej dziewczynki, zafascynowanej j-rockiem, której znudziło się pisanie fanfików w zeszycie. 
Tak, dobrze myślisz, będą tu fanowskie opowiadania niestabilnej emocjonalnie nastolatki.
Bez obaw, nie będzie yaoi.
Będą bardzo dziwne bajki, napisane pod wpływem impulsu, niezbyt przemyślane i znając życie, nawet autorka będzie się zastanawiała, co miała na myśli.
A tak, miałam się przedstawić.
Jestem Saggie, mieszkam na pięknej, zdezelowanej przez gatunek ludzki planecie Ziemi.
Cholera, trochę to zalatuje jednak emo...
Podobno jestem mistrzem w rozśmieszaniu. Wiem, po tym niezbyt zabawnym wstępie pewnie nie wyglądam, ale postaram się to zmienić. 
Chciałabym zamieszkać na Świecie Dysku, w Ankh-Morpork i codziennie kroić rzekę Ankh, bo to w końcu jedyna rzeka, którą można ciąć.

~
Prawdopodobnie, ten post będzie miał ciąg dalszy w kolejnym, bo genialna Saggie nie umie się ładnie przywitać i przedstawić, a cholernie jej się śpieszy, więc opublikuje taki niedokończony.
A i najpierw jeszcze zapytam znajomych o jakieś istotne informacje na mój temat, które mogłabym łaskawie Ci podać.
Pamiętaj, od dziś jesteś Kimś.
Dziękuję za przeczytanie. ;3